… i to jeszcze jak. Obudziłem się gdzieś tak około 7-ej czasu lokalnego, czyli jeszcze dwa dni temu o tej porze byłaby 4-ta (!!!), zjadłem dobre śniadanko i spokojnie wyruszyłem w stronę Kartuli. Spokojnie, tym razem bardzo spokojnie, gdyż co rusz naciskając na hamulec, wpadałem w maleńkie poślizgi. W dodatku praktycznie całe Rustavi spowite było gęstą mgłą, więc wśród tych niezliczonych skrzyżowań ‘świetlnych’ mogę śmiało powiedzieć, że udało się je przejechać bez problemu aczkolwiek jak już wspomniałem – spokojnie. Do zjazdu do cementowni został praktycznie jeden zakręt, tak ten ostatni zakręt, w który też wszedłem spokojnie, ale samochód zaczął się ślizgać i się zaczęło. Wiadomo pierwszy odruch to hamulec, ale sytuacja się pogarsza, autem zaczyna obracać, więc korekcja kierownicą i gaz, jednak jak już lecisz to nic, mało to daje. Spojrzenie przez boczną szybę bo to już obrót o 180 stopni, w dodatku na przeciwnym pasie i dalej ciągnie w bok, a tam takie małe drzewko czeka na poboczu i spogląda przyjaźnie, jakby za chwilę chciało mnie wziąść w ramiona, szczęśliwie je mijam, ziemia wzbija się w powietrze, trochę trzęsie po czym samochód się zatrzymuje, chyba na jakimś korzeniu. Wysiadam, oglądam: no trochę poryłem, w sumie jednak nic się nie stało. Gdyby jednak to nie był jeep tylko coś z niższym zawieszeniem, kto wie… Poza tym wielkie szczęście, że nic nie jechało z naprzeciwka, bo pewnie tak gładko by nie przeszło. Wyjechałem z pobocza, wysiadłem ponownie i kolejne oględziny, ale i tym razem nic nie znalazłem, poza jakimiś strzępami zamarzniętej trawy na oponach. Niemiecki Lis. Jak przyjechałem do Kartuli, od razu przełączyłem napęd na 4 koła no i muszę zmienić te opony na zimowe, bo zostawili mi te same, a myślałem, że się domyślą. Ale to nie koniec, wczoraj koło 20-ej włączyliśmy palnik, więc gdzieś tak na 10-tą wypadało podanie mąki. Po korekcji wyszła 11-ta. Start, bez silosów, tylko z instalacji, a tu amperaż na elewatorze skoczył bez uprzedzenia, bo tego nie ma, do 50-ciu i cyklon IV przytkał się ponownie. W dodatku, jak trochę postrzelaliśmy, znalazłem małe kawałki izolacji, więc czarne myśli zaczęły krążyć wokół jakiegoś większego kawałka betonu blokującego zejście. Czyszczenie nic nie pomagało, palnik stop, wypaliliśmy więc dodatkową wyczystkę, zanim jednak się przebiliśmy zeszło do 17:30. Wszystko w słoneczną pogodę, jednak przy mroźnym wietrze, który wznosił pył wokoło i raczej te chwile do przyjemnych bym nie zaliczył. Teraz jeszcze trzeba gdzieś tak z 4-ry godziny podgrzać na nowo i mam dylemat czy zostawać do tej 22-giej, czy sobie odpuścić. Mam też Kartuli Gryzzli na piecu, więc trochę się obawiam, z drugiej strony to prowadzili już to beze mnie prawie 3 tygodnie, więc nie powinno być źle. Hę?
A nic to zwiajam, zostawię tylko wskazówki co do tego dozowania i będę czuwał na telefonie…
Ps. “Znaczyt kapitan Nemo prijedziet?”, ja jednak wolę Mr Trubka.
Ps2. A i ten obrazek wczorajszy był dobrą lokalizacją, właśnie tam teraz mieszkam.