… takie coś?! tak przecież nie można, nie powinno się… uuuuuuuuuuu. dlaczego?
Ok zacznę od początku. Przy kolacji ustawiłem się z Brazylianami, że pojedziemy w kierunku mostu Metheki do zagłębia ekranowego na mecz Zakrzywione Miecze – Krzyżacy. Około godziny 22 kiedy byłem już gotowy do wyjścia, zapukałem w brazylijskie drzwierze, Bardziej Brazylijski oznajmił, że nie idzie, ponieważ jest zmęczony. Pomyślałem, że Mniej Brazylijski czeka na mnie przy recepcji, jednak tam nie było nikogo. Zdziwiłem się, ponieważ myślałem, że mieszkają razem. Tel z recepcji (czyli pokój 3 – myślę), ale Kaziu oznajmił, że też nie idzie ;( Cóż, lecę sam, nic innego mi nie pozostało. 22:10 na blacie, więc w myślach nie taxi (5 lari), lecz metro (40 tetri), w końcu to 35 minut do meczu. Na Sameditsimo Instituti wszystko w porządku, jadę w stronę Vagzali. Przesiadka, czekam, czekam… kwa, czekam już z 15naście minut i nic. W końcu rezygnuję, wychodzę z podziemia – 2 minuty do meczu, efceka. Postój taxi, wybieram tę wygodną (błąd!!!), most Metheki – mówię, drajwer musiał zapytać kolegów gdzie to?! kolejne 5 minut mija, mecz już się rozpoczął. Ok, nerwy na wodzy. Jedziem. ‘Atkuda Ty?’ – chyba nie zauważył wielkiego orła na mojej piersi z napisem POLSKA. ‘Z Polszy’. Gadka, szmatka – te same pierdy co w każdej taksi. Coś mi się kierunek jazdy nie podoba … Dojechaliśmy, Restauracja “Metheki”. Co jest kwa? Nie tutaj przecież chciałem, pokazywałem drogę, ale mówił, że jego lepsza. Kwa, kwa – prawie drugi koniec miasta. Normalnie kazałbym mu zawrócić, ale nie byłem w nastroju, cholera!!!
- Ile?
- 15 Lari
- Chyba Cię pogięło, z Mickiewicza płacę 5-kę
- Mala
Mój błąd!!! Mój błąd!!! Nie wynegocjowałem ceny przed jazdą – zły na siebie. Ale przez te 2,5 miesiąca, żaden taksiarz mnie nie zrobił w kule, a jeździłem sporo. Kwa, 25 lari kosztuje kurs do Rustavi – 40 km jazdy.
- Masz 10-chę i się wypchaj, nie haraszo, nie haraszo !!!
Wkwam się coraz bardziej, a on coś marudzi pod nosem. Co mi pozostaje? Pier^%$%nięcie drzwami i wyjazd. Nie dość, że nie jestem w tym miejscu, co chciałem to zapłaciłem dwa razy tyle co bym zapłacił spod drzwi hotelu, a mecz leci … Przechodzę wkwawiony na drugą stronę, łapię kolejne taksi i wracam, tym razem w pobliże mostu Metheki – 5 lari. Siadam w pierwszej lepszej restauracji-pubie, gdzie jest duży ekran, zamawiam browca, spoglądam na boisko i dosłownie po chwili się rozpromieniam – 1:0 dla Turcji. Nie darzę ich sympatią, powiedzmy, że są mi obojętni, ale wybieram dziś ten team, bo Niemców … Jak można się czuć skoro większość dalej działa zgodnie z ideologią papy Hitlera “Deutschland, Deutschland über alles, Über alles in der Welt”. No ja? Równość? Braterstwo? Nie uogólniam jednak tematu – jest ‘kilku’ porządnych i cenię sobie ich ‘znakomstwo’… A najlepszą akcją jest takowa: pracuję w niemieckim koncernie, hehe. A Turcja? Wielu zadaje sobie pewnie pytanie skąd się wzięli w mistrzostwach Europy? Dlaczego chcą do Unii, jakim prawem? Obcięto Gruzję czy też nieobcięto z Europy – sam nie wiem, a opinie tutaj podzielone. Popatrzmy na mapę polityczną Europy. Czy to nie tylko czasem fakt, że są innego wyznania, że nie są wystarczająco ‘zachodni’ ?? Nie chcę się dzisiaj nad tym rozwodzić, wiem co czułem wjeżdżając troszkę głębiej w ląd niż oferowała Antalaya. Wróćmy do gry: po 4 minutach, Schwein’kwa’steiger wyrównuje – no to pięknie. Do przerwy nic więcej. Potem strasznie dużo widziałem, a wszystko dzięki telewizji gruzińskiej (ironia). Nie widziałem drugiej bramki Zagiętych Mieczy (tylko Replay), widziałem za to bramkę Lamh’usa. Wynik 3:2 – jak to?! Coś zgubiłem. Patrzę więc na powtórki. Ok, wszystko jasne teraz: Mirek strzelił trzeciego gola, gdzieś w międzyczasie. Jakby tego było mało, ostatni browarek, który zamówiłem i naprawdę smakował, spadł na ziemię. Kuflon roztrzaskał się w drobne, a złoty płyn popłynął… Świetnie, jadę do hotelu, bo coś czuję, że ten wieczór nie należał do mnie …
Ps. Dobrze, że przynajmniej dobre przystawy do piwka były:
słowa, miała połączenie z wirtualnym światem. Dzięki tej magii mogłem uruchomić Polskie Radio program 1 i ‘usłyszeć’ mecz. Miałem wielką radość słuchając komentatora, tak bardzo przeżywającego dosłownie każdą sekundę meczu. Słuchając komentarzy w stylu “[...] podniósł piłkę nad głowę, zamachnął się, naprężył ciało i rzucił dalekoooo[...]” ubawiłem się, jak to zwykło się mawiać: po pachy. Mimo tego faktu, wciąż jednym uchem nasłuchałem wydarzeń rozgrywających się na cementowym boisku w Kartuli a komentowanych, również drogą radiową, tym razem przez Gruzinów. Oba mecze dostarczały emocji, ten w Klagenfurcie – wiadomo, natomiast piec – hmmm, a i owszem, choć tym razem główną rolę grał przenośnik kubełkowy pod chłodnikiem. Po tym dzisiejszym doświadczeniu wiem, lub wydaje mi się tylko, jak czuli się Polacy słuchający radio w latach 70-tych, kiedy to Polska reprezentacja odnosiła wielkie sukcesy. Wielka jest potęga wyobrażenia sobie słów usłyszanych od kogoś. Może mecz nie był tak emocjonujący w wyglądzie na ekranie, ale daję słowo w radio i mym umyśle urósł niebywale. To nic, że z takim, a nie innym wynikiem się zakończył, ponieważ Chorwacja jest wyjątkowo mocnym zespołem, a nam dużo jeszcze brakuje do takiego stylu gry, waż
ne jest samo przeżycie, bycie duchem, wspieranie, doświadczanie. Drugą połowę muszę szczerze przyznać popsuł mi trochę Mirab, ponieważ ze względu na fakt, iż tylko ja rozumiałem to co było mówione, chyba troszkę mi pozazdrościł tych emocji. Wymyślił mianowicie, że mógłbym połączyć się z kimś przez Skype i ten ktoś ustawiłby kamerę na ekran telewizora, a wtedy miałbym mecz przed oczami. Skusiła mnie ta niecna propozycja, a dopomógł w jej realizacji Krzysiek, który jeszcze 2 tygodnie temu śmigał ze mną po Tbilisi. Troszkę trwało zanim znaleźliśmy najlepsze ustawienia, no ale w ostateczności ujrzałem ‘zamieszanie’ na ekranie. To nic, że skakało niemiłosiernie i płynności w grze nie uświadczyłem, (może jakby grała Francja z Holandią by tak nie rwało?), najważniejsze jest to, że w jakiś sposób podzieliłem się z współkibicami, którzy wsparli naszą drużynę. Jakoś nie mam żalu, że Polska już nie będzie grała, taki los dla drużyny na tym poziomie, nie możemy wiecznie liczyć na ‘fuksy’ i potknięcia innych. Przyznajmy szczerze, nasza gra nie stała na wysokim poziomie (a może właśnie stała a nie biegła?) i nie przypominała tej z eliminacji kiedy potrafiliśmy np. 