Gza’shvili na zakaukazkiej emigracji…

Plan był wyjechać na miesięc, ale jak to zawsze z planami bywa …

Kraj, w którym na tatę mówią ‘mama’ listopad 7, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:08 pm

Cóż to był za dzień…

Ranek nie zapowiadał z pewnością tego co miało później nastąpić. Po otwarciu oczu, odchyliłem nogą firankę i chciałem zamknąć je na powrót. Pochmurno, szaro, do tego mżawka zaznaczała się maleńkimi kropelkami na szybie. Mimo wszystko postanowiłem, że wybiorę się z Merabem nad Zbornik Sioni, jak planowaliśmy poprzedniego dnia (Wyjazd z Kachą do Kakheti nie wypalił z jakiś tam przyczyn).

Odbiliśmy z drogi do Sagarejo kierując się na północ  i od tego momentu zaczęły się dziury, które towarzyszyły już nam do celu. Po drodze zatrzymaliśmy się niedaleko ruin zamku z IV w, niestety gdy wspieliśmy się na zbocze, na którym był postawiony cały widok był przykryty białym kożuchem. Cóż, innym razem. Później była tama, na której panował Vasiko, a tuż za nią wioska o śmiesznej nazwie Sasadilo (Stołówka). Merab nie był w stanie wyjaśnić mi skąd się wzięła ta nazwa, więc postanowiliśmy, że zapytamy pierwszą napotkaną osobę. Tak poznaliśmy Babulię, właścicielkę lokalnego sklepu, która wyjaśniła nam, że nazwa jej mieściny wzięła się od wspomnienia sutego posiłku wojsk Królowej Tamary, które przed kilkunastoma wiekami odpoczywały na tych ziemiach… A później to już było rodzinnie. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce, by zrobić zdjęcie przydrożnym dziadkom i jak dowiedzieli się, że jestem z Polski zostaliśmy zaproszeni do ogródka na posiłek. Okazało się, że córka gospodarza mieszka w Polsce w Tarnopolu. Do akurat pędzonej czaczy, zastawiono stolik i nas ugoszczono. Gdzie jeszcze można spotkać takich życzliwych ‘nieznajomych’ ludzi? Jakby tego było mało przed odjazdem dostaliśmy reklamówkę jabłek z zaproszeniem do ponownych odwiedzin, kiedy tylko znajdziemy czas. Miło. Już było niedaleko Sioni, kiedy spotkaliśmy dwóch dziadków, a Merab spytał się czy nie chcą by ich podrzucić. W czterech ruszyliśmy dalej… Jeden szedł na wesele, a drugi na pogrzeb. Pstryk. Sioni nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak Tsalka, ale też było ładnie. Giorgija spytaliśmy na skrzyżowaniu bez znaków o drogę do Tbilisi i ruszyliśmy przed siebie na khinkali…

 

“Я не против…” listopad 5, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 8:46 pm

… to chyba najczęściej padające  z ust Vahtanga zdanie, a później już tylko wykład ‘dinozaurów’. Trochę taki ‘dupochron’ z niego, niby odpowiedzialny, ale odpowiedzialność kieruje na innych, umywając ręce, heh, a ja śmieję się pod wąsem, którego nie mam. Może to jakiś sposób? “Я не против…” – nie przypominam sobie narady bez tego, heh. Ot chciałem kiedyś przeczytać i zaśmiać się ponownie na wspomnienie.

Poza tym coś ostatnio nie jestem w stanie zebrać się wcześnie z pracy, może jeszcze jeden e-mail, załatwię jeszcze to czy tamto, pójdę na sterownię… a Słońce nieubłagalnie schodzi w dół – co można tłumaczyć: wracam po zmroku. Dzś było podobnie, wyszedłem z biura, zahaczyłęm o sterownię,a  tam > grzeje się łożysko na 2-1 > zostałem 2 godziny, aż temperatura nie zaczęła spadać. Dobrze, że te weekendy tak się układają, że piec pracuje rewelacyjnie, tfu tfu, mogę więc pojeździć troszkę po Gruzji. Wkrótce drogi, szczególnie w górach, nie będą przejezdne, muszę się spieszyć. W sobotę wioska Kachy w Kaheti (winnym rejonie)? Hmmm…

Wczoraj było święto Rustavi, przeniesione z niedzieli ze względu na pogodę, heh. Wraz z kilkoma ‘kolegami’ z cementowni siedzieliśmy w nowej restauracji “Tamada”, ja oczywiście ‘za rulom’ więc nie dałem wlewać w siebie litrów Saperavi. Tamadą był tym razem organizator Karlo aka Carla Bruni. Śmiszny czas. Merab aka Elvis szybko się zrobił i Nugzhari aka Pawlowicz odprowadził go do domu. Kacha aka Kahmud opowiadał mi kto ile może wypić i tłumaczył dlaczego Vahtang tak często dzwoni w nocy do CPU. Tymczasem Otari aka Svani też szybko poczerwieniał, a Giorgij aka GioWaliMuZGęby jakoś tak dziwnie był aktywny, natomiast Eristo bez aka – siedział cicho. Przybył też Paata w towarzystwie Szalwy i tego swojego uśmieszku, wzniósł kilka toastów i już go nie było. Ogólnie to zebrało się jakieś dwadzieścia osób (oprócz wspomnianych Otari aka GuruBaNidze, Omari, Giorgij aka Schumi, Zviad aka 0, Vitalij, Besso, aka Z Pokładu Idy, Vaza, 2 x Mechaniki bez imienniki, Szoferi, Vakhtang…) Troszkę pofociłem i jak tak obserwowałem patrząc przez obiektyw pomyślałem, że kiedyś przyjdzie czas mojego wyjazdu, będę tęsknił za tymi ludźmi, z którymi przecież łączy mnie codzienna praca i nie tylko. Automatycznie w głowie nakreśliłem pomysł na reportaż, który rozwija się z każdą chwilą. Czas przejść do działania…

 

I got the funk… listopad 1, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 6:59 pm

… to w nawiązaniu do nastroju, który mnie ogarnia słuchając utwór Digable Planets “For corners” nie wspominając o “Where I’m from”. Właśnie przy tych dźwiękach z płyt Blowout Comb i Reachin’ oraz Das EFX – Hold It Down wybrałem się dzisiaj na objazd Morza Tbilisi. Niestety chmury pokrywały niebo, nie przepuszczając Słońca, więc zdjęć nie porobiłem, znalazłem jednak ciekawą scenerię, którą z pewnością kiedyś wykorzystam. Później były wąskie uliczki starego miasta, tortilla i wjazd na wieżę, tam jednak nic ciekawego się nie działo. Powróciłem więc do Blondynki i jej Che…

 

Tsalka nie Sioni, wydawać by się mogło… październik 27, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:21 pm

Późno – znowu ok. 14ej wybrałem się w minioną sobotę  w Gruzję (od sobotnich obowiązków w żaden sposób się wymigać nie mogę, heh). Tym razem skierowałem się na podłudnie od Tbilisi, a dokładnym celem miało być Sioni. Nie zostało nim jednak, gdyż przez złe oznakowanie zboczyłem z drogi, a po kilku kilometrach, kiedy uświadomiłem sobie, że do Bolnisi z Marneuli nie podążam, postanowiłem nie zawracać. Nie minęło chwili, a przy drodze wypatrzyłem Nugzarhiego – dziadka gruzińskiego, którego podrzuciłem do Tetri-Tskaro. Na początku i końcu powtarzał prawie w kółko, żeby Bóg dał mi zdrowie, więc z pewnością tej zimy chorować nie będę. Poza tym wypytał się co ja tu porabiam, ja natomiast dowiedziałem się, że już jest dziadkiem i pracuje sobie wokół własnego domu, chodując zwierzaki, ma też kukurydze, żyto i ziemniaki, heh. Zapytałem się go, co ciekawego mogę zobaczyć jadąc dalej w tym kierunku, i dostałem odpowiedź, że za 12 km miało być centrum Tetri-Tskaro, jednak jak się później okazało nic ciekawego tam nie ujrzałem. Wracając do Nugzarhiego pyknąłem mu jeszcze fotkę, na której ten dobry człowiek, co niech i mu Bóg da zdrowie, przyjacielsko się uśmiecha i pojechałem dalej. ‘Mapa’ wskazywała Tsalkę gdzieś w oddali, do której nie trafiłem innym razem , długo więc się nie zastanawiałem. Z założenia chciałem porobić w tym dniu zdjęcia, więc co rusz spoglądałem nerwowo na niebo, po którym Słońce wędrowało już tylko wyłącznie w dół i przyspieszałem. Zdążyłem jednak na zachód Słońca, a przedstawienie które zobaczyłem nad jeziorem zaparło mi dech w piersiach… Siedziałem tam chyba z 2 godziny z bananem na twarzy, aż Słońce całkiem się schowało – przy czym pstryknąłem ok. 200stu klatek. I znowu przyszło mi wracać po ciemku. Nic to – hey przygodo – dlatego nie pojechałem znaną sprzed paru godzin drogą, ale postanowiłem przejechać przez ‘pół znaną’ , mijając mianowicie Manglisi. Twarda ubita nawierzchnia przygotowana pod budowę nowej drogi, dobra prędkość – nic nie zapowiadało, że nie dotrę do Tbilisi zbyt szybko. Ten pośpiech nie był chyba jednak wskazany, ponieważ zjeżdżając z góry serpentyną przebiłem tylnie koło i o mało co z tej drogi nie wypadłem. Dookoła zupełna pustka, cisza,w  górze niebo pięknie zasiane gwiazdami (szukałem pozytywów), ciemno. Klucz jest, lewarek też, ale brakuje mu jednego elementu. Dobrze, że zostawiłem stare wycieraczki w bagażniku i sposobem McGayver’a brakującą część zrobiłem z jednej z nich. Znalazły się nawet jakieś rękawiczki. Świeciłem sobie telefonem, dlatego wolno to szło, w porównaniu do #F1, ale w końcu udało mi się podnieść samochód, zdjąć koło i stwierdzić, że amortyzator też nadaje się do wymiany. Wkrótce pojechałem dalej. Po kilku kilometrach pierwsze  światła w oddali i w końcu asfalt. Nie wybrałem jednak drogi na Kojori, ale drugą zjeżdżając z góry dobre pół godziny wjechałem do Tbilisi od strony Vake. Głodny skierowałem się nie do ‘Turka z Hamburga’, ale Azera z Baku na Shoarmę, a później już tylko w stronę Didube…

 

Metro październik 23, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:06 pm

Dawno nie jeździłem metrem, które kiedyś było tak często mega użyteczne w zwiedzaniu Tbilisi. Czasem bez sensu, a może raczej celu jechałem na jakąś stację by zobaczyć, co się dzieje na jej powierzchni. Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy wysiadłem na Tsereteli, de facto, tam gdzie teraz mieszkam. Wyjechałem na górę obszedłem zejście dookoła i wróciłem, heh. A tu przecież za rogiem kryje się Stadion i Bazar, który odkryłem dopiero po jakiś dwóch tygodniach od tamtej przejażdżki. Byłem chyba na większości stacji i mogłem się poruszać w ciemno. W minioną niedziele było jednak całkiem odwrotnie. Zszedłem w głąb Tsereteli, na peronie stałem chwilę, bo nie byłem pewny, w którą stronę ruszyć – pojechałem w złą. Wróciłem, minąłem Tsereteli, wysiadłem na Vagzlis Moedani, chcąc przejść na linię czerwoną poszedłem oczywiście w drugą stronę do wyjścia. Później zapomniałem wysiąść na Marjanishvili i znowu się wracałem tym razem z Rustaveli. A w metrze spotkałem Irakliego…

Nigdy nie był człowiekiem przeciętnym, zawsze ‘to coś’ wyróżniało go z tłumu. Irakli z łatwością pozyskiwał nowych znajomych, w towarzystwie zawsze błyszczał inteligencją i błyskotliwym sposobem bycia. Urodzony lider – tak o nim mówiono. Zawsze brnął pod prąd, zbaczał z wyznaczonych dróg przy każdej możliwej okazji. To on wytyczał szlak, który szybko się za nim zapełniał. Mimo wyjątkowych zdolności nie zrobił jednak kariery politycznej, czego mu wróżono, ale został nauczycielem, niezwykłym nauczycielem. Nikt, nigdy nie nudził się na jego lekcjach, nikt z nich nie uciekał, każdy uczeń wyglądał wręcz z niecierpliwością kolejnych. Dziś Irakli jest na emeryturze. Nie jest zwykłym dziadkiem…

 

“Society”… październik 23, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:26 pm

…ten utwór Eddie’go Vedder’a chodzi mi dziś cały dzień po głowie, z nim zasnąłem wczoraj i włączyłem go na rozpoczęcie dzisiejszego dnia. Wszystko za sprawą filmu Into The Wild, który miałem okazję wczoraj oglądać, a do którego Vedder dołożył piękną muzykę. Przeżywałem, wczuty maksymalnie w sytuację głównego bohatera w duszy wołając o pomoc dla niego. Ta jednak nie przyszła, nikt się nie pojawił. Nie miało jej być, podobnie jak różowych, cukierkowych fajerwerków na koniec. Tylko cisza, samotność, odosobnienie, w którym całe piękno… tak? Fotografia, która mówi sama za siebie – czy to prawdziwe szczęście? Film Polecam przez duże Pe!

“I have lived through much, and now I think I have found what is needed for happiness. A quiet secluded life in the country,with the possibility of being useful to people to whom it is easy to do good, and who are not accustomed to have it done to them. And work which one hopes may be of some use. Then rest, nature, books, music,love for one’s neighbor. Such is my idea of happiness. And then, on top of all that, you for a mate, and children perhaps. What more can the heart of a man desire?”  Lew Tołstoj  – “Семейное счастье”

“Society you’re a crazy breed, I hope you’re not lonely without me…”

W sobotę wezmę książkę i aparat, pojadę samochodem przed siebie, lubię te samotne wyprawy…

 

Spotkałem Króla Złotego październik 18, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:33 pm
Tags: ,

Ale to dzisiaj, wczoraj natomiast…

Davit Gareja krótszą drogą z Rustavi? Dlaczego nie, tym bardziej, że to podobno oszczędność aż półtora(ej?) godziny. Ta myśl krążyła mi po głowie odkąd Psilo wraz z Dato ‘Taki Lajfstal’ był tam dwa razy w maju. Na początku lipca się nie udało, błądziłem troszkę po wyjazdach Rustavi, a że czas mnie gonił, to w ostateczności wybrałem znaną drogę przez Sagarejo. Tym razem jednak poprosiłem Kachę, by wytłumaczył mi którędy jechać, na co odpowiedział: “dojedziesz do drogi koło ‘bazaltowego zawoda’ a później prosto cały czas”. ‘Prosto’ to jednak tylko zabrzmiało, myślałem jadąc według tej ‘wskazówki’. Na początku dojechałem do jeziora Tchandari, o którym Kacha przecież by na pewno wspomniał. Następnie drogę skończył zamknięty szlaban na granicy  z Azerbejdżanem i po raz kolejny musiałem skierować się w inną stronę. Zjechałem z asfaltu i podjechałem na wzniesienie gdzie stała strażnica, a stamtąd mniej więcej rozeznałem się w dlaszym kierunku. Później było jakieś opuszczone gospodarstwo, po czym gdzieś w oddali, niespodziewanie (jak później przeczytałem w internecie) pojawił się zespół klasztorów św. Jana Chrzciciela z VI w. Gdy się tam już wspiąłem i zobaczyłem, że mijany przed momentem bus z lokalnymi turystami jedzie założoną przeze mnie wcześniej drogą, wiedziałem, że Davit Gareja jest blisko. Dotarłem do baszty, pod którą kiedyś mieliśmy ’saszlyki na prirodzie’ i… niestety po raz kolejny zza skał wynurzyli się pogranicznicy – o zdjęciach na stronę Azerbejdżanu mogłem zapomnieć. Poza tym ściemniało się już, nie było więc szans na dotarcie na przeciwległą stronę. Eh. Obiektyw na Gruzję. Później jeszcze zjazd z drogi w trawy na kolejne wzniesienie, pomarańczowe niebo przy zachodzie Słońca i ‘nieuniknione spotkanie’. O zmroku decyzja: znane Sagarejo czy instynkt? Przeczyściłem przednie lampy, włączyłem długie i ruszyłem polną drogą (hey przygodo). W ciemnościach minąłem najpierw Władcę Krów, a następnie Władcę Kóz, który mega sprawnie pokierował stadem, usuwając je z drogi. Po jakimś czasie wjechałem na asfalt, a wkrótce w oddali zamigotały światła Rustavi…

 

Grzeje niesamowicie maj 23, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 2:34 pm

Powiesiłem pranie i przeniosłem się na balkon złapać troszkę Słońca. Nie za bardzo mi się chce jechać na Kus Tbę choć pewnie powietrze na ten upał blisko wody byłoby lepsze. W tym roku jeszcze tam nie byłem, a w zeszłym o tej porze to już zaliczyłem chyba z 20 wizyt z kąpaniem w zestawie. Nic to, poza tym nie ma tam Pana Interneta, a muszę dzisiaj troszkę poszperać po testach. Do Kartuli nie było po co jechać – piec zatrzymany, a Nugzhari daje radę. Wyspałem się, śniąc dziwnie bardzo. Czekam na Wtorkowego Amerykana, żeby coś się wreszcie podziało z tymi mokrymi. Mam nadzieję, że INSTA weźmie się wreszcie za robotę i przyjazd 5ego nie będzie zagrożony. 3 dni PL, 3,5 dnia SL, a później… plany się zmieniły, nie będzie AU, a szkoda. Nie tym razem to następnym.

W Gruzji zaczęło się koncertowanie, choć ‘gwiazdy’ (hę?) odgrzewane: Coolio, X-Zibit czy coś tam jeszcze. Jakieś OpenAir na Shardenii nawet było. W lecie zapowiadali Snoop Dogga, ale nie dam 500$, bo to bez sensu. Kogo zaproszą na 26 maja – Dzień Niepodległości? W zeszłym roku Roisin Murphy pozostawiła niesamowite wrażenia… Może coś będzie już na Tbilisi Events… Nic nie ma, dziwne, przecież to za 3 dni. Trzeba wyjść na miasto spojrzeć na plakaty.

 

Ale jak to? maj 11, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:19 am

Tbilisi – Gori – Kutasiki – Zugdidi – Mestia – Ushguli – Poti – Kobuleti – Batumi… 1300 km po Gruzji

A z pamięciowych akcji: Bobek, Pani Prezydentowa, Chaczapuri Migrelskie, Izraelscy Polacy w Kobuleti, drogi w wąwozach, wieże obronne, źródełko z wodą mineralną, szaleni kaukazcy bojownicy, zimna woda, która okazała się ciepłą, czerwony Kazbeg, którego nie zobaczyliśmy wstając nie raz o 5 rano, ostre jedzenie …

Zdjęcia poniżej:

Svaneti

Batumi

 

Nie takie ‘pitu, pitu’ czyli Hej Przygodo maj 4, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:58 am
Tags: , , , ,

Tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach. Jest po czym odpoczywać, narobiliśmy górskich pieszych kilometrów, a co najważniejsze pokonaliśmy granicę 3000 mnpm.

(02.05.2009) Zabawa rozpoczęła się od spotkania przy eMCe Donaldzie niejakiego Dato, czy też Davit’a – alpinistę, który okazał się później prawnikiem z wykształcenia, no ale taki “life style” zadecydował… Pojechaliśmy w czwórkę w stronę Kazbegi, wioski na końcu Świata, która okazała się nie tak na końcu, bo za nią jeszcze było kilka, które mijaliśmy w niedzielę jadąc wąwozem Darial, to jednak wybieg wprzód. Kazbegi przywitało nas około godzin wieczornych, więc zanim dotarliśmy na nocleg, podjechaliśmy pod wodospad, drogą z której, by uczynić ją przejezdną, musieliśmy usunąć niemałe ‘głazki’ tzn, ja jechałem a pozostali usuwali, bo tak jakoś przypadła mi ta rola. Wodospad wodospadem, ładny mógłbym rzec… Wcześniej jeszcze, tuż po wjechaniu do Dariali – głazy już takie potężnych rozmiarów blokowały połowę drogi, od wewnętrznej strony oczywiście, bo zewnętrzną była już tylko skarpa w dół. Przejechaliśmy jakoś prosto, później tunelem by zobaczyć krzyż na zboczu i tańce zataczańce miejscowych wokół niego. Nocleg mieliśmy w miarę, najważniejsze, że woda ciepła i łazienka zadbana, tylko bez kotary na prysznicu, więc po prysznicowaniu dnia następnego niby czterech, ale jednak chyba trzech, pływała. Jeszcze podczas kolacji uzgodniliśmy, że cel pozostaje ten sam, czyli Stacja Meteorologiczna (3 680 mnpm) pod Kazbegiem. Jednak już o poranku (gdzieś tak koło 6ej) w ‘ciepłym’ zweryfikowaliśmy plany, uznając że nasze wyposażenie do spania nie nadaje się do temperatur wahających się w okolicach – 10 stopni Pana Celsjusza. Następnym razem. Cel zmienił się tylko o 680 mnpm. Podjechaliśmy pod szlak (heh, jak sobie wytyczysz to będzie), zostawiając IAA’e zdobyliśmy czworonożnego przyjaciela, któremu chyba nudziło się w wiosce i postanowił pójść z nami. Na pierwsze podejście nie mam innego słowa, jak tylko hardcore > przewyższenie to jakieś 300 – 400 m i powiedzmy, że tak na oko 70 stopni. Piękny widok “z” na Cminda Sameba’e na tle Kazbega wynagrodził jednak nasz trud. Później zejście z drugiej strony, koło brzózki, (która stała się dla nas później punktem do komentarzu w stylu “widzisz ile my dzisiaj przeszliśmy, popatrz gdzie brzózka”) gdzieś tak znowu te 300 m w dół i od potoczka, już w górę 300 metrów by znaleźć się u podnórza cerkwi, do której jednak zadecydowaliśmy się zajrzeć podczas drogi powrotnej. Górka przed nami zdobyta, za nią następna, “jak wejdziemy na następną to schowamy się tam od wiatru”, kolejna później, troszkę jeszcze, żeby zobaczyć tę drogę do Stacji na przyszłość. Ok, koniec, jesteśmy na trzech tysiącach podobno, tak przynajmniej powiedział nam Dato, a mijający nas alpiniści potwierdzili. Nie mam słów, by opisać te widoki, których doświadczyliśmy, brakuje ich po prostu, nic nie jest w stanie oddać tamtych chwil zachwytu. Wiersze, zdjęcia, video… to na nic. Po prostu należy samemu to przeżyć. Już wtedy postanowiłem, że tutaj wrócę i pójdę dalej, do Stacji, a może nawet na Kazbeg. Lista sprzętu, który potrzebowałbym rosła, z każdą chwilą, ale wydaje mi się, że osiągnęła już moment, w którym “nic dodać nic ująć”. Luczjano zapowiadał się na sierpień czy też wrzesień, właśnie na taką wyprawę, więc… Zeszliśmy do Cminda Sameba’y, a później łagodniejszą choć ‘błotniejszą’ trasą wróciliśmy do IAA’y. Eh, wrażenia ;) Wieczorem Khinkali i ser, nie trwało zbyt długo, kiedy głowy spoczęły na poduszkach… Ach i pogody nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej.

(03.04.2009) Plan z wczoraj > pobudka 5:00, cel > czerwony Kazbeg. Realizacja > pobudka 4:55 > deszcz!!! > spanie do 7ej. Śniadanie, pakowanie i samochodowe ruszenie Wąwozem Darial (“głęboki na 1 500 m kanion”). Dojechaliśmy aż do granicy gruzińsko-rosyjskiej po czym zawrót, wciąż w deszczu strugach. Kolejny cel > Dolina Truso. Po drodze zaglądneliśmy do wioski Arsha, w której znajduje się jaskinia, a tuż poniżej stara cerkiew, obok której stoi wieża wartownicza. “Sjeczas na prjawo” i pojechaliśmy… zawieszając się na śniegu po przejechaniu góra dwustu metrów. “Hey przygodo” heh. Podkładanie pod koła, napęd na 4ry w wersji H czy L, nic to, podwozie zawisło. Dato skombinował łopatę z najbliższej wioski i szuflowaliśmy przez ponad godzinę. Przy końcu zjawił się lokalny bonzo, w postaci “Goldka”. Przydały się ćwiczenia w jeździe po lodzie zdobyte w Finlandii i po możliwości cofnięcia z całym impetem pokonałem kolejne śniegi, heh. Dj Śniegu pewnie to Twoja sprawka. Nie ujechaliśmy 300 metrów, a tu następne kłody pod nogi – zerwana linia elektryczne w pobliżu suszarni kruszywa. Nie było możliwości objechania, więc wszyscy z auta, zamknięte oczy, pikawa i już za mną – hey przygodo. Dojechaliśmy na miejsce, góra na lewo, góra na prawo, po środku gdzieś dotarlibyśmy do wąwozu. Paweł – ta na prawo, bo lepszy widok, i będziemy widzieć Kazbeg z drugiej strony, ja, ta na prawo bo ambicja po wczoraj, a dziś tylko samochodowo. Rozsądził nas Dato i poszliśmy prosto wąwozem Truso, słusznie, jak się później okazało. Za każdym nowym zakrętem jeszcze piękniej, tylko droga stawała się trudniejsza, ponieważ bardzo się zwęziła przez śnieg i żeby po nim nie iść, a nie wpaść przy okazji do rzeki mieliśmy do wyboru balansowanie po kamieniach. Żeby tego było mało, co rusz musieliśmy przechodzić po lawinach, które już całkowicie blokowały drogę. Ze względu na mostki śniegowe, w które można było łatwo wpaść i nachylenie, po którym zjeżdżając, czekała by nas zimna kąpiel to przejście wcale nie należało do najłatwiejszych. Nie raz ‘broczyliśmy’ po kostki w wodzie i tu… chwała GORE ;) Nic, a nic nie przemokło, skarpeta suchutka, śmiało polecam więc Ecco Rugged Terrain V. Nie dość, że mega wygodne, a był to mój pierwszy w nich wypad, to w dodatku poddałem je mimowolnie takim testom wodnym, że jak teraz nie przemokły to już nie przemokną nigdy. Gore, Gore. Znowu nie opiszę widoków nie-do-o-pi-sa-nia. Miało być lajtowo tego dnia, było podobnie, jak poprzedniego, ale kto by żałował? heh ;) Do Tbilisi dotarliśmy, gdzieś tak około 21, tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach.

Zdjęcia:

Kaukaz – dzień pierwszy (Cminda Sameba i wyżej…)

Kaukaz – dzień drugi (Darial Gorge, Truso Valey)