Gza’shvili na zakaukazkiej emigracji…

Plan był wyjechać na miesięc, ale jak to zawsze z planami bywa …

Как ты отдохнул в Польше? listopad 26, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:44 pm

To pytanie słyszałem dzisiaj co najmniej kilkanaście razy, a odpowiedź miałem jedną: xорошо. Tak też było, 6 dni na trasie : TBS-VIE-WAW-OPO-GOG-OPO-CZW-GOG-ODR-OPO-CHO-KOP-OPO-WIN-OPO-GOG-WRO-MUC-TBS minęło niespodziewanie szybko. Niezapomniane Śniadanie u Tiffany’ego, Pizza time, rzeźba z Bali, Haj, Remiza w Nadwarciu, nowa w Kątach, ZWM-owski brzuch, czy fotograficzne podróże z ^Psilo… w dwóch słowach: dużo odwiedzin. Poza tym, większość kilogramów bagażu powrotnego (22,6 kg w Titanie) zajęły nowe płyty i książki: Halika, Pałkiewicza, Krakuera, Wignalla i Beardsworth’a. Bardzo spodobał mi się utwór “Cenas de Gaby” w wykonaniu Bonga, który właśnie odtwarzam po raz kolejny. Z nowym zapałem, chęcią wyrwania Gruzji kolejnej tajemnicy, którą przede mną skrywa, powróciłem. Może tym razem uda się wreszcie odwiedzić Sioni-Bolnisi?

Ps. Flykiller – Flykiller z płyty Experiments In Violent Lights;)

Ps. 2 Ludzie w Metrze Literackim Blogiem Roku 2009

 

Kahaberi listopad 9, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:47 pm

Kakheti w niedzielę, a tam: świniobicie, bazar, mnisi, grób Św. Nino, siostra żony Meraba + teściowa, Gieorgij Pastuszkwili, świeże saszłyki z porannej świni u Kachy i powietrze równie świeże…

Ps. Jakby w jakimś teami #F1 potrzebowali do zmiany kół, to mam sporą praktykę w tym temacie

 

Kraj, w którym na tatę mówią ‘mama’ listopad 7, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 10:08 pm

Cóż to był za dzień…

Ranek nie zapowiadał z pewnością tego co miało później nastąpić. Po otwarciu oczu, odchyliłem nogą firankę i chciałem zamknąć je na powrót. Pochmurno, szaro, do tego mżawka zaznaczała się maleńkimi kropelkami na szybie. Mimo wszystko postanowiłem, że wybiorę się z Merabem nad Zbornik Sioni, jak planowaliśmy poprzedniego dnia (Wyjazd z Kachą do Kakheti nie wypalił z jakiś tam przyczyn).

Odbiliśmy z drogi do Sagarejo kierując się na północ  i od tego momentu zaczęły się dziury, które towarzyszyły już nam do celu. Po drodze zatrzymaliśmy się niedaleko miejscowości Ujarma, gdzie znajdują się ruiny zamku, w którym król Vakhtang w 502 r. dokonał żywota. Niestety gdy wspieliśmy się na zbocze, na którym go zbudowano cały widok był przykryty białym kożuchem. Cóż, innym razem. Później była tama na rzece Iori, gdzie niepodzielnie panował Vasiko, a tuż za nią wioska Sasadilo (Stołówka). Merab nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięła ta nazwa, więc postanowiliśmy, że zapytamy pierwszą napotkaną osobę. Tak poznaliśmy Babulię, właścicielkę lokalnego sklepu, która wyjaśniła nam, że nazwa jej mieściny wzięła się od wspomnienia sutego posiłku wojsk Królowej Tamary, które przed kilkunastoma wiekami odpoczywały na tych ziemiach… A później to już było rodzinnie. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce, by zrobić zdjęcie przydrożnym dziadkom i jak dowiedzieli się, że jestem z Polski zostaliśmy zaproszeni do ogródka na posiłek. Okazało się, że córka gospodarza mieszka w Polsce w Tarnopolu. Do akurat pędzonej czaczy, zastawiono stolik i nas ugoszczono. Gdzie jeszcze można spotkać takich życzliwych ‘nieznajomych’ ludzi? Jakby tego było mało przed odjazdem dostaliśmy reklamówkę jabłek z zaproszeniem do ponownych odwiedzin, kiedy tylko znajdziemy czas. Miło. Już było niedaleko Sioni, kiedy spotkaliśmy dwóch dziadków, a Merab spytał się czy nie chcą by ich podrzucić. W czterech ruszyliśmy dalej… Jeden szedł na wesele, a drugi na pogrzeb. Pstryk. Sioni nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak Tsalka, ale też było ładnie. Giorgija spytaliśmy na skrzyżowaniu bez znaków o drogę do Tbilisi i ruszyliśmy przed siebie na khinkali…

 

“Я не против…” listopad 5, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 8:46 pm

… to chyba najczęściej padające  z ust Vahtanga zdanie, a później już tylko wykład ‘dinozaurów’. Trochę taki ‘dupochron’ z niego, niby odpowiedzialny, ale odpowiedzialność kieruje na innych, umywając ręce, heh, a ja śmieję się pod wąsem, którego nie mam. Może to jakiś sposób? “Я не против…” – nie przypominam sobie narady bez tego, heh. Ot chciałem kiedyś przeczytać i zaśmiać się ponownie na wspomnienie.

Poza tym coś ostatnio nie jestem w stanie zebrać się wcześnie z pracy, może jeszcze jeden e-mail, załatwię jeszcze to czy tamto, pójdę na sterownię… a Słońce nieubłagalnie schodzi w dół – co można tłumaczyć: wracam po zmroku. Dzś było podobnie, wyszedłem z biura, zahaczyłęm o sterownię,a  tam > grzeje się łożysko na 2-1 > zostałem 2 godziny, aż temperatura nie zaczęła spadać. Dobrze, że te weekendy tak się układają, że piec pracuje rewelacyjnie, tfu tfu, mogę więc pojeździć troszkę po Gruzji. Wkrótce drogi, szczególnie w górach, nie będą przejezdne, muszę się spieszyć. W sobotę wioska Kachy w Kaheti (winnym rejonie)? Hmmm…

Wczoraj było święto Rustavi, przeniesione z niedzieli ze względu na pogodę, heh. Wraz z kilkoma ‘kolegami’ z cementowni siedzieliśmy w nowej restauracji “Tamada”, ja oczywiście ‘za rulom’ więc nie dałem wlewać w siebie litrów Saperavi. Tamadą był tym razem organizator Karlo aka Carla Bruni. Śmiszny czas. Merab aka Elvis szybko się zrobił i Nugzhari aka Pawlowicz odprowadził go do domu. Kacha aka Kahmud opowiadał mi kto ile może wypić i tłumaczył dlaczego Vahtang tak często dzwoni w nocy do CPU. Tymczasem Otari aka Svani też szybko poczerwieniał, a Giorgij aka GioWaliMuZGęby jakoś tak dziwnie był aktywny, natomiast Eristo bez aka – siedział cicho. Przybył też Paata w towarzystwie Szalwy i tego swojego uśmieszku, wzniósł kilka toastów i już go nie było. Ogólnie to zebrało się jakieś dwadzieścia osób (oprócz wspomnianych Otari aka GuruBaNidze, Omari, Giorgij aka Schumi, Zviad aka 0, Vitalij, Besso, aka Z Pokładu Idy, Vaza, 2 x Mechaniki bez imienniki, Szoferi, Vakhtang…) Troszkę pofociłem i jak tak obserwowałem patrząc przez obiektyw pomyślałem, że kiedyś przyjdzie czas mojego wyjazdu, będę tęsknił za tymi ludźmi, z którymi przecież łączy mnie codzienna praca i nie tylko. Automatycznie w głowie nakreśliłem pomysł na reportaż, który rozwija się z każdą chwilą. Czas przejść do działania…

 

I got the funk… listopad 1, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 6:59 pm

… to w nawiązaniu do nastroju, który mnie ogarnia słuchając utwór Digable Planets “For corners” nie wspominając o “Where I’m from”. Właśnie przy tych dźwiękach z płyt Blowout Comb i Reachin’ oraz Das EFX – Hold It Down wybrałem się dzisiaj na objazd Morza Tbilisi. Niestety chmury pokrywały niebo, nie przepuszczając Słońca, więc zdjęć nie porobiłem, znalazłem jednak ciekawą scenerię, którą z pewnością kiedyś wykorzystam. Później były wąskie uliczki starego miasta, tortilla i wjazd na wieżę, tam jednak nic ciekawego się nie działo. Powróciłem więc do Blondynki i jej Che…