Gza’shvili na zakaukazkiej emigracji…

Plan był wyjechać na miesięc, ale jak to zawsze z planami bywa …

“Vocab ! Prélude” styczeń 31, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 3:41 pm
Tags:

Po pierwsze GRATULACJE dla Japersona, niech Oliwia rośnie zdrowo, wiodąc życie kolorowo!!!

Po następne:

Moja głowa w połączeniu z poduszką to niemalże natychmiastowe wrota do Krain Morfeusza. Warto zaznaczyć fakt, że #sieudalo wreszcie wczoraj, heh. Nad ranem jakiś taki za bardzo wyspany jestem i się budzę…

‘Ostatniominutnie’ wieści od Ciotki Lutki z Ozimskiej Opolskiej: “w Opolu sypie śnieg z deszczem[...] ogólnie nie jest zimno tylko ciapa na drodze i na chodnikach [...] u nas zerowa temperatura” – nienawidzę takiej pogody, u mnie Słońce i +9.

Plan na dziś był inny: Gudauri na narty, niestety niewidzialny łańcuch dał się we znaki, piec obraził się wielce, że mnie nie będzie i stanął! Dlatego też siędzę w Kartuli, a dziad już pracuje i się śmieje. Może uda się w następny łik-end? Będę miał szanse kolejne i tak aż do kwietnia. Nawet nie jest źle, kombinujemy z Mr Trubką, dyskutujemy,  przeliczamy, optymalizujemy, zbieramy dowody. On pali fajkę i pije kawę,  ja – herbatę z cytryną. Nie myślę, że dziś przecież sobota…

 

Ambasador jeansów – ot takie stanowisko styczeń 27, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie, branżowe — gzachris @ 12:56 am
Tags:

Wielkie Głowy z Krzyżakowa przyjechały na 20 minut dzisiaj, a zamieszania na cały dzień. Choć w sumie w Kartuli byłem na połowie tyle co w Tbilisi, ale za to do późna. Dużo też w drodze, bo dwa kursy wchodziły w grę.

Wczoraj zafundowałem sobie buty oddychające jak żelazko, serio, takie skojarzenie przyszło mi na myśl, jak tylko ujrzałem ten rysunek. Patent git, ale jak to jest z wodą??

Jutro odbieram Mr Trubkę z hotelu o 10-tej, więc będzie okazja do późniejszego wstania (już jest 01:56, co za różnica – no ale jednak).

 

“Petit pays je t’aime beaucoup, Petit petit je l’aime beaucoup” styczeń 22, 2009

Zaszufladkowany do: Z chwili ostatniej ... — gzachris @ 10:24 am
Tags:

Biega za mną ten kawałek każąc bym nucił go bez przerwy, co też nieporadnie czynię, gdyż nie znam fransua mitterau, a szkoda. Poza tym nie potrafię zasnąć przed 1wszą, tyle spraw, życie ucieka, szkoda go na sen, a i Często się chowa. Wczoraj pobiegłem przez ‘mój’ niebieski most na drugą stronę rzeki i wróciłem następnym koło ‘złotego człowieka’. Lewa stopa już mnie tak nie boli, jak wcześniej, więc spokojnie mogę śmigać po okolicy. Następny cel – dom rodzinny Iriny z czasów dzieciństwa, ponoć znajduje się gdzieś w moim sąsiedztwie, ale zgubiłem mapkę. Pokręciłem też trochę pralką, piorąc wszystkie moje ciuchy z Kartuli. Teraz suszą się na mrozie poddane zjawisku sublimacji. Tymczasem Mr Trubka jest już zapewne w Krzyżakowie, pozostawił wskazówki na kolejne dni, gdyż wraca we wtorek. Mam nadzieję, że jak dzisiaj puścimy piec to spokojnie przejdzie weekend, w który chociaż w niedzielę będę mógł odpocząć. Może gdzieś bym się wybrał? Muszę pomyśleć nad jakąś pobliską wycieczką, w ciekawą Gruzję, tak do 50 km. Ponadto koniecznie muszę się wybrać na Rustaveli i porobić kilka fotek – tak wspaniale oświetlonej ulicy, budynków nie widziałem nigdzie, coś jak Dom Grizzwalda na Święta (Juliette Lewis była taka młoda, by później zabijać razem z Woodem Harrlesonem).

Polecam ‘Silk’.

Ps. Christian Bale to naprawdę niezły mechanik, jednocześnie psychol, a przecież jest Batmanem

 

Ile razy można powtarzać to samo? – wulkan ciśnienia styczeń 20, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 7:57 pm
Tags: ,

Pytam się: no ile? Niby do skutku, hę? Ale kiedy ten ’skutek’ raczy się pojawić? Podniosło mi się dzisiaj ciśnienie, oj wręcz podsoczyło na wyżyny szybszego krwi przepływu. Miałem rację, a Mr Trubka przyznał mi ją. To tylko i wyłącznie organizacja pracy mechaników, ja nie wiem na co oni czekają. Traci tyle kasy tylko i wyłącznie przez to. Ja już nie wiem, jak do nich dotrzeć, może za bardzo się przejmuję? Przecież to nie moja odpowiedzialność, ale inaczej nie potrafię – albo dobrze albo wcale. Jutro dopiero czeka na mnie batalia na spotkaniu produkcyjnym, oh wygarnę to i owo na światło, bo mam już dosyć, mógłbym rzec: serdecznie, ale to nic z serdecznością nie ma wspólnego. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja naprawdę jestem cierpliwy, ale nie radzę tego nadużywać, bo mi się wulkan uruchamia. Heh, dzisiejsza lawa słów pędziła przynajmniej z prędkością Mtkwari…

Wyluzuj!

luuuuuuuuuuzzzzzz

A dzisiaj, jakiś link od Camiliansge i kolejny ślad w sieci zostawiam: o tu właśnie

 

Co ten Levan wyprawia? styczeń 16, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 4:11 pm
Tags:

No właśnie, Schokolada dzisiaj jest lekko chory, a nie wygląda, więc niby. Poza tym to mój najlepszy operator, szacunek się należy, heh. W ogóle w Kartuli ostatnio jakoś tak wesoło się zrobiło, przynajmniej dla mnie -weselej. Przyjechał Mr Trubka i to pewnie dlatego, bo to taki mój drugi Jasiu tylko Krzyżacki, ale taki nie krzyżacki jednocześnie. Mamy tu dużo śmichów, chichów, a przy tym poważnej roboty, no i czerpię z tej studni. Podwyższamy tę wydajność w ‘pierony’, poza tym trochę mi zeszło, bo teraz w asyście – ciekawe te lekcje. A poza tym to mieszkam sobie wygodnie w moim Tbiliskim mieszkanku, robię zdjęcia nocą i większość czasu (jakiego czasu?) zagłębiam się w sieci, bo jeszcze mnie stopa lewa boli, żebym mógł gdzieś pobiec na powrót. Słucham dużo muzyki z płyt, w które się ostatnio zaopatrzyłem i szukam nowych, które niechybnie zakupię. I jeszcze szykuje się wypad na narty w góry tutejsze – 2,5 km nowa trasa, ale to wkrótce. Poza tym nadrabiam stracone filmy i stąd rano niewyspanie, ale przecież spać nie będę bo czas biegnie. A i wczoraj prałem skarpetki, jak na kolonii bo na pranie pralkowe jeszcze za mało się nazbierało. No i wykorzystuje opiekacz na maksa, bo to zawsze jest tak z nowym sprzętem. A jutro z rana jeszcze Kartuli, bo zajmiemy się ’speedem fanów’, a wieczorem gdzieś w okolicach Rustaveli chyba, bo jest sobota. Od poniedziałku minionego samochód (samo i chód, dobre) mam w naprawie ze względu na ten wypadek ostatnio, no nie wypadek, poślizg, awarie Marie, obiecali go zrobić na dzisiaj, ale za długo tu jestem – już wprowadziłem poprawkę, pewnie będzie w poniedziałek. Chciałbym się pomylić, bo wtedy w niedziele mógłbym gdzieś śmignąć. Tymczasem 10ęć po 17ej, więc jeszcze mały obchód i gdzieś koło 18stej powrotnie do Tbilisi.

 

“I had never got that before” fuck styczeń 13, 2009

Zaszufladkowany do: Nocą — gzachris @ 12:08 am
Tags:

You know what I’ve meant… – tak słuchałem tego utworu.

Szkoda, że nie umiem śpiewać, w dodatku po francusku, bo mnie przesiąknął ten kawałek cukierkowy. Ale nie o tym i to nie ten sprzed chwili. Nie ma już w pełni księżyca – porozmawiam o pogodzie, hę? Yt [f xnj – hihi, niby nie logiczne a jednak > http://blip.pl/s/6117659 Poza tym nie wiedziałem, że istnieje playlista na JołTjubie. Jest też późno, jak dla mnie ostatnio 1:05 am – internet to zło, wiesz? ale Don Gyneco rozśpiewany > tzw. Idę spać …

Ps. Dobry raport dzisiaj stworzyłęm, jestem zadowolony z samego siebie. Jutro przylatuje Mr Trubka.

 

“les baskets et le casquette” styczeń 11, 2009

Zaszufladkowany do: Muzycznie — gzachris @ 1:37 pm
Tags: ,

Wczorajszy dzień minął przy dźwiękach znad Loary (Hocus Pocus, IAM, NTM, Oxmo PuccinoAkhenaton, Rocca, Don Gyneco, Fonky Family, Disiz La Peste… itede tepe) i smażeniu/opiekaniu tostów  w pierwszym sprzęcie (opiekacz) zakupionym na tbiliskie mieszkano. Wcześniej śmignąłem do Kartuli dosłownie na chwilkę ponieważ wczoraj zostawiłem telefon, w drodze minąłem Nugzariego więc tym samym wiedziałem, że wszystko gra. Wracając kupiłem właśnie ten ‘metal sandwich maker’, bo mi się jakoś tak zachciało. Później zaszyty w sieci siedziałem gdzieś tak do 22, po czym śmignąłem do Vake do mojej ulubionej Coffee.ge przekąsić pizzę, niestety piec został wcześniej wyłączony, więc posiliłem się makaronem, a przy Earl Grey z cytrynką przeczytałem kolejne dwa opowiadania z “czystej anarchii” Allena śmiejąc się pod wąsem. Potem już tylko muzyka, samochód i ulice Tiflis, szkoda, że nie miałem łyżew, bo znalazłem lodowisko. Jeszcze tylko kilka rundek muzycznych po mojej nowej okolicy i wróciłem do mieszkania, by jeszcze do 3:30, tym razem wsłuchując się na LastFm w dźwięki skojarzone z Cafe La Mar, wpaść w głębię.

Ps. Don Gyneco utworem o tytule jednego z lepszych filmów, przypomniał mi własnie o nim Caramel (ale się zakręciłemw tym zdaniu)

 

pikny dzisiaj dzień jest… styczeń 8, 2009

Zaszufladkowany do: akcyjne, kartulowo — gzachris @ 6:10 pm
Tags:

… i to jeszcze jak. Obudziłem się gdzieś tak około 7-ej czasu lokalnego, czyli jeszcze dwa dni temu o tej porze byłaby 4-ta (!!!), zjadłem dobre śniadanko i spokojnie wyruszyłem w  stronę Kartuli. Spokojnie, tym razem bardzo spokojnie, gdyż co rusz naciskając na hamulec, wpadałem w maleńkie poślizgi. W dodatku praktycznie całe Rustavi spowite było gęstą mgłą, więc wśród tych niezliczonych skrzyżowań ‘świetlnych’ mogę śmiało powiedzieć, że udało się je przejechać bez problemu aczkolwiek jak już wspomniałem – spokojnie. Do zjazdu do cementowni został praktycznie jeden zakręt, tak ten ostatni zakręt, w który też wszedłem spokojnie, ale samochód zaczął się ślizgać i się zaczęło. Wiadomo pierwszy odruch to hamulec, ale sytuacja się pogarsza, autem zaczyna obracać, więc korekcja kierownicą i gaz, jednak jak już lecisz to nic, mało to daje. Spojrzenie przez boczną szybę bo to już obrót o 180 stopni, w dodatku na przeciwnym pasie i dalej ciągnie w bok, a tam takie małe drzewko czeka na poboczu i spogląda przyjaźnie, jakby za chwilę chciało mnie wziąść w ramiona, szczęśliwie je mijam, ziemia wzbija się w powietrze, trochę trzęsie po czym samochód się zatrzymuje, chyba na jakimś korzeniu. Wysiadam, oglądam: no trochę poryłem, w sumie jednak nic się nie stało. Gdyby jednak to nie był jeep tylko coś z niższym zawieszeniem, kto wie… Poza tym wielkie szczęście, że nic nie jechało z naprzeciwka, bo pewnie tak gładko by nie przeszło. Wyjechałem z pobocza, wysiadłem ponownie i kolejne oględziny, ale i tym razem nic nie znalazłem, poza jakimiś strzępami zamarzniętej trawy na oponach. Niemiecki Lis. Jak przyjechałem do Kartuli, od razu przełączyłem napęd na 4 koła no i muszę zmienić te opony na zimowe, bo zostawili mi te same, a myślałem, że się domyślą. Ale to nie koniec,  wczoraj koło 20-ej włączyliśmy palnik, więc gdzieś tak na 10-tą wypadało podanie mąki. Po korekcji wyszła 11-ta. Start, bez silosów, tylko z instalacji, a tu amperaż na elewatorze skoczył bez uprzedzenia, bo tego nie ma, do 50-ciu i cyklon IV przytkał się ponownie. W dodatku, jak trochę postrzelaliśmy, znalazłem małe kawałki izolacji, więc czarne myśli zaczęły krążyć wokół jakiegoś większego kawałka betonu blokującego zejście. Czyszczenie nic nie pomagało, palnik stop, wypaliliśmy więc dodatkową wyczystkę, zanim jednak się przebiliśmy zeszło do 17:30. Wszystko w słoneczną pogodę, jednak przy mroźnym wietrze, który wznosił pył wokoło i raczej te chwile do przyjemnych bym nie zaliczył. Teraz jeszcze trzeba gdzieś tak z 4-ry godziny podgrzać na nowo i mam dylemat czy zostawać do tej 22-giej, czy sobie odpuścić. Mam też Kartuli Gryzzli na piecu, więc trochę się obawiam, z drugiej strony to prowadzili już to beze mnie prawie 3 tygodnie, więc nie powinno być źle.  Hę?

A nic to zwiajam, zostawię tylko wskazówki co do tego dozowania i będę czuwał na telefonie…

Ps. “Znaczyt kapitan Nemo prijedziet?”, ja jednak wolę Mr Trubka.

Ps2. A i ten obrazek wczorajszy był dobrą lokalizacją, właśnie tam teraz mieszkam.

 

Powrót do Gruzji na powrót styczeń 7, 2009

Zaszufladkowany do: kartulowo — gzachris @ 4:18 pm
Tags: ,

Nocny Luftwaffe, na pokładzie którego próbowałem spać i prawie mi się to udało wylądował gdzieś tak około 4 godziny porannej czasu lokalnego na lotnisku w Tbilisi (dlaczego Krzyżacy podają w rozkładzie Tiflis?). Nikt mnie nie kopał tym razem, nawet miałem obok siebie wolne miejsce i mogłem w spokoju próbować zasnąć. Wysiadając (ubierając się, stojąc jeszcze, “że tak powiem w przejściu”) wsłuchałem się, podsłuchiwałem, rozmowę jakiegoś typka za mną. Z akcentu angielskiego wychodziło, że to potomek Johana Wolfganga Aryjskiego, ale nie ważne. Zadzwonił do niejakiej Nino, mi się skojarzyła tylko jedna – nasza biurowa,  i pokrętnie chyba chciał ją namówić na to by go podrzuciła z tego lotniska. Nie wychodziło mu to jednak, więc stwierdził, że pojedzie taxi i zabierze ją na śniadanie: o 4 rano!!! Chyba nie zna głębokiego snu gruzińskiego – pomyślałem wtedy, uśmiechając się pod wąsem. Widocznie jednak nasza koleżanka, chciała sobie jeszcze pospać odmawiając, więc odpuścił, by na koniec, jakieś 7 minutowej rozmowy spytać czy czasem za bardzo jej nie rozbudził, heh.  Potem przyczepił się do mnie, zalewając mnie gradem pytań, gdyż wydałem mu się mega rozbudzony, kontrola paszportowa jednak jakoś nas rozdzieliła i więcej go nie widziałem. Kierowcy, który oczekiwał z kartką w dłoni nie znałem, ale widząc jego styl jazdy cieszyłem się w duchu, że nie powitał mnie Besso – szos pajrat. Jechałem w niewiadome, do jakiegoś mieszkania, które mi wynajęli na moje (kolejne) pół roku w Gruzji. Wiedziałem jedynie, że leży gdzieś w dzielnicy Didube, po której nie raz jeździłem i tyle – druga strona rzeki. Okazało się, że mieszkam niedaleko stadionu Dinamo Tbilisi, czyli w sumie blisko WB – Wielkiego Bazaru, jak Braci Warner. Troszkę zeszło nam po schodach, gdyż to ostatnie piętro, ale czy nazwać można to kamienicą czy raczej małym blokiem-familokiem? nieważne. W sumie nie wiem ile pięter, jakieś 3-y lub 4-ry, heh. Mieszkanie wielgachne, szacuję na 80 m, z wysokimi sufitami i kominkiem, na którego widok się ucieszyłem, niestety po dokładnym sprawdzeniu odkryłem, że komin jest zamurowany. Jest też duży balkon i widok na pobliski most, którym chyba jeszcze nie jechałem, chociaż była noc mogłem się pomylić. Wszystkie sprzęty typu meble, kuchenka, odkurzacz, żelazko (i deska) zastałem, ale gdy zacząłem rozglądać się za pralką ogarnął mnie dreszcz przerażenia, że trzeba będzie gdzieś do pralni śmigać, jednak w końcu i ona się znalazła … w szafie! Tzn. w takiej wnęce, ale i tak dziwnie, muszę pyknąć jakąś fotę. Najmniej ucieszył mnie widok łazienki, no bo i z czego tu się cieszyć, wanna jest, więc niby git, ale poleżeć się w niej nie da, chyba że będę miał kolana przy brodzie. Przyzwyczajony jednak do szybkich pryszniców wolałbym to inne rozwiązanie, no ale nie ma tego złego … – ale i tak mała ta łazienka to fakt! Poza tym ogólne pierwsze (nocne) wrażenie było git, z rana z resztą również mieszkanie prezentuje się całkiem, ale na początku trochę trzeba je ogarnąć po mojemu. Dzisiaj ich Boże Narodzenie, więc nie będę robił hałasu. A i jest internet, tzn, powinien być bo zaraz próbowałem się połączyć, ale jakoś nie wyszło (Irina później powiedziała, że wkrótce). W ogóle wszystko było sprawnie zorganizowane, mieszkanie zagrzane, samochód podstawiony na podwórko, więc nie musiałem śmigać do biura. Właśnie skojarzyłem, że w sumie niedaleko powinna być stacja metra, coś tak mi świta, jedna stacja przed Vagzlis Moedani, pierwsza na której wysiadłem w kwietniu i wsiadłem spowrotem bo jakoś było nieciekawie, heh. Tak, na pewno jest jakieś 300 metrów nie więcej. Teraz tylko trzeba przyczaić jakieś pobliskie Populi, choć po świeżości będę śmigał na Bazar, też w sumie niedaleko. Tutaj coś z kosmosu, choć na 100 % nie jestem pewien > link

Tymczasem, pojechałem ochoczo do Kartuli, bo w sumie “ciągnie wilka [...]” a tu zabity cyklon czwarty od wczoraj, no ale … ;)

Ps. A no i jeszcze to, hala przylotów wyglądała jak zebranie żałobników, niby Gruzini są czarni, chociaż nie czarni niby, niby nazywają ich Czarni w Rosji, ale z tym czarnym to o tyle mają wspólnego, że ubóstwiają zakładać na siebie ubrania właśnie w tym kolorze…

 

“ale żadnej nowości, tzn. nowości też” styczeń 5, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie, w drodze — gzachris @ 11:39 pm

na dwa kompy właśnie śmigam, tutaj u Małej wpisując coś niecoś, tam zgrywając inne coś niecoś na długie (a to dobre, się uśmiałem, do siebie) wieczory zimowe. A co ja obiecałem Irinie przecież? A propos dzwoniła do mnie dzisiaj, tzn, ja pierwszy do niej, a potem ona po 1 godzinie, która była trzecią, że prosto z lotniska kierowca podrzuci mnie na Didube do mieszkania. ‘Not chic but nice – she said’ To się okaże, bo prawdę mówiąc nie byłem tam jeszcze, a o 4:30 rano będę się przekonywał. Dodatkowo dostanę kluczę i papiery od samochodu, który odbiorę w środę rano, kiedy w biurze nie będzie nikogo, bo przecież wigilia i jak tu pracować (nie to co u nas), ale ochrona zawsze w pogotowiu, więc ktoś jednak. Ale na początku przydałoby się trochę wyspać, choć zmiana miejsca godzin i w ogóle znowu, to spokojnie nie będzie. Pewnie szybko zawitam do Kartuli a tam to już opowieści o mych i ich treści. Mam Wedle dla Levana Schokolady i nalewkę wiśniową dla Nugzariego, co by mu te jego trunki przez wujka zachwalane wynagrodzić jakoś.

Tymczasem ostatni wieczór spędzam u rodziców. Posprzątałem swoje mieszkanie na Opolskiej-Ozimskiej, wypróżniłem większy pokój, łazienkę i kuchnię ogarnąłem, nie wspominając o piwnicy (po kiego?) i wcale aż tak zawalony ten mały nie wygląda. Tradycyjnie nocujący Mych, by pewnie nie zauważył różnicy, bo się jakoś schowało tu i tam. A wszystko z powodu wynajmu, ponieważ Sylwestra się znalazła jakoś niespodziewanie podczas naszych Krzychowych rozmów Hajowych. I w sumie powiem szczerze plan całkiem dobry, tym bardziej, że przyszłość na jakiś czas…

Jutro z rana uderzę jeszcze do GC, bo spraw parę jest, a potem “up in the Sky” > Breslau-Mjunszien-Tiflis

Ps. Nowe słówko od Iriny wpadło ‘cozy’, czyli nie będzie tak źle …