Lubię ten czas, kiedy mogę podjadać pierogi z kapustą i grzybami, nie te zwykłe, te szczególne …
Gaimardżus!
Lubię ten czas, kiedy mogę podjadać pierogi z kapustą i grzybami, nie te zwykłe, te szczególne …
Gaimardżus!
Spokojnie suniemy nad chmur dywanem gdzieś nad Krzyżakowem, tym razem bez wrażeń, bo tych w wystarczającej ilości dostarczył poprzedni rejs TBS-MUC. A było to tak…
Stał sobie samolot na pasie startowym, a ja w nim czekający niecierpliwie na start, bo już przy ‘pokładowaniu’ zalegał z czasem. Przecież tam gdzieś w odległym ‘Mjunich’ (czyt. Mjunszien) czekać będzie na mnie kolejny molot (w którym znajduję się obecnie), więc spóźnić się nie opłaca.
[A właśnie czy przy lotach łączonych samolot czeka na pasażera jeśli mu się pierwszy lot opóźnia, ale tak przypuśćmy z pół godziny? Widziałem wiele akcji, kiedy to wprost z jednego ‘molotu’, podstawioną furą pod wyjście, zabierają spóźnionego na kolejny. No ale jak znaleźć na szybkości jego bagaż i przerzucić do drugiego?]
Kontynuując jeszcze nie rozwiniętą akcję(e): Czekam, czekam („jeszcze się miniemy przyrzekam”) obok mnie siedzi taki mały gruziński Bąbel, na oko 4 lata, bawi się puzzlami (16 elementów góra), a jego mama rozgląda się po molocie. Spoglądam za okno, a tam podjeżdża zwyżka do skrzydła, facet na niej trzymający sikawkę po chwili zaczyna polewać (tak jakby) pianą całe skrzydło (??), następnie spłukuje to wodą, pokazuje wyciągniętego kciuka w górę pilotowi (twoje życie będzie oszczędzone), po czym prawdopodobnie jedzie na drugą stronę powtórzyć operację.
["Please switch off all electrical devices" - to sobie popisałem, do zobaczenia na dole...]
Ale akcja się wydarzyła we WRO, pierwszorzędna, ‘pierwszorazowa’, no ale niech najpierw skończę poprzedni wątek…
Wracamy do odmrażania skrzydlatych elementów molota. Ok, nic to, lotki chodzą, więc git, polecimy – myślę. Start w mgłę, w chmury, w ciemną noc, a raczej ciemny poranek, przypominam, godz. 5 gdzieś tak była. Wyciągam koc, podkładam tę małą zgrabną poduszkę Luftwaffe pod głowę i próbuję zasnąć. Udało się, ale nie za długo Morfeusz pogościł, bo Bąbel okazał się prawdziwą zmorą. Też zasnął, a i owszem, ale chyba biegał w snach po jakiś łąkach, wzgórzach albo jeszcze lepiej – ćwiczył z Brucem Lee, bo tyle kopniaków co dostałem podczas tego lotu to moje. Ale to mix prawdziwy był, coś w stylu karate kate, co skłania mnie do wersji z BL ponieważ górne kończyny używane były w nie mniejszej ilości, jak dolne. Do tego mama owego spała w najlepsze, bo on jakoś tak tylko w moją stronę był obrócony. Na nieświadomce odczułem chwilę spokoju w pewnym momencie, który skrzętnie wykorzystałem na powrót do Morfiego. Chwila okazała się niedługą przerwą na rejsowe szamanie, ale ja śniłem w najlepsze. Obudziły mnie niezwykle intensywne turbulencje, wywołane tym podskoki mego ciała + stłumione (nie zawsze) kobiece krzyki. Troszkę już przebywałem w powietrzu, coś takiego jednak miałem okazję doznać po raz pierwszy i powiem, że kolejka górska się chowa. Jak już się uspokoiło usłyszeć można było głos kapitana – potomka generała floty Luftwaffe, który zapewne z papierosem w ustach, włączonym autopilotem, ocierając pot z czoła, tłumaczył skąd się owo zjawisko wzięło. A to wejście pod takim a takim katem, z tą prędkością w wir powietrzny itepe itede. Plus całej tej sytuacji był taki, że owa śpiąca wcześniej mama wziąła Bąbla na kolana i tak już pozostało do momentu lądowania (co skrzętnie wykorzystałem na czas dla Morfiego). Z pytanym wczesniej opóźnieniem wylądowaliśmy w stolicy Bawarii Krzyżackiej, gdzie kiedyś niejaki Adolf H. rozpoczynał szaleńczą podróż w stronę zagłady Świata. Już na gruncie stałym Bąbel spojrzał na mnie tymi swoimi maleńkimi ślepiami i… w tym momencie nie mogłem mu nie wybaczyć, po prostu nie mogłem. Następnie szybki rzut oka na tablicę czy czasem nie zmieniono mi bramki i okazało się, że zmieniono na G83 co oznaczało oczywiście nic innego tylko … drugi koniec terminalu!!! No tak, a że pokładowanie już się rozpoczęło, no to następne minuty spędziłem na szybkości, chwaląc w niebiosa ruchome chodniki, i nasłuchając komunikatów, bo do Breslau już raz wołali, a potem kolejny, a potem już prawie ostatni i ostatni kończył się gdy zjeżdżałem już ze schodów,a Pani przy G83 popatrzyła na mnie pokiwała głową i oka. Potem było już tylko bliżej ‘kraju w kształcie serca’.
Niestety w stolicy naszego Dolnego Śląska okazało się, że przemieszczałem się po terminalu z większą szybkością niż mój Titan i na miejscu byłem lżejszy o 3/4 całości bagażu, bo zostałem tylko z podręcznym. Heh, najlepsze, gdy poszedłem do biura bagaży zagubionych Oni już o tym wiedzieli, formularze przygotowane, info, że Titan’owi zmienił się lot i postanowił wyruszyc dopiero po 11 z MUC, a dotrze do mnie kurierem do którego dostałem telefon w razie ‘w’. Ale jest już 22:19 i go wciąż nie ma, choć potwierdzone wieści, że szczęśliwie dostarczono go do WRO. Poczekamy…
[W sumie Mr. Trubka miał lepszą akcję, bo przyleciał do TBS w poniedziałek, jego bagaż w czwartek wieczorem, a on opuszczał TBS w piątek rano, hihi]
Tymczasem POLSKA-OPOLSKA-OZIMSKA
Trzecia guma podczas 4 miesięcy w drugim samochodzie w najbardziej znienawidzoną pogodę pod Słońcem, schowanym za śnieżnymi chmurami… Trzeba mieć to szczęście, hę? Ale nic to, martwa rzecz tylko. W Kartuli spotkałem Kucharki, które przyrządzając codzienne ‘żarene kartoszki’ wcinały najwyraźniej grzybki-śmiszki, bo chichrania z ich strony było co nie miara dnia dzisiejszego. Jak włączyły radio brakowało tylko by zaczęły tanczyć. Uraczyły mnie winem czerwonym, domowym, pysznym, po czym jedna rzekła: “za nas, za was, za wsie Kaukaz” i w śmiech, heh. Na koniec przekazały pakunek wielki, domasznyj, co bym do Polski zabrać nie zapomniał, a w nim przede wszystkim herbata przez duże H, zrywana w stronach jednej Śmiszki. Nugzari dodał do tego butelkę czaczy, kolejne themali, czurczhelo i soków trzy butle. Teraz pozostaje tylko modlitwa o rzuty walizki łagodne podczas kursu TBS-MUC-WRO. Do owego dodam, że niestety na lotnisko wyjadę z Mr MT, spędzę tam z nim czas czekając na samolot i oby tylko nie chciał usiąść w pobliżu, w razie ‘w’ oczne klapki mam przyszykowane w pogotowiu. Myślałem, że spokojnie podróż spędzę, nie, czekają Cię nocne gadki-szmatki między 3:40 a 4:55, wtf?! Poza tym Medea’e nawiedziły Czarownice, które przejęły mój ukochany hotel E, a z powodu których z owego się wyniosłem. Siedzą teraz w części kuchennej i ’szabatują’. Nie podejrzewałem Cię o to Misza, zdrajco!!! Spójrz im tylko w oczy, nie słyszysz tego ssssyku? OOO, strzeż się, wychodzą właśnie, zakrzywione nosy…
Nic to, do zobaczenia w kraju w kształcie serca, już jutro
Mniej więcej się spakowałem, raczej jednak mniej ponieważ więcej zostaje na miejscu. Dużo tego sie nazbierało, w sumie nie wiadomo skąd – czary jakieś, a chomikiem nie bywam, czyżby? Znowu będę musiał robić pikne oczy na lotnisku, żeby przepuszczono mi te dodatkowe ‘kila’ i pozwolono przejść z podręcznym wypchanym po brzegi – nadbrzegi. Ponadto, winny ten mój bagaż i oby w całości wszystko doleciało, bo się wina i themali komuś zachciało, do tego akukaracza – czacza.
(Ooo, nastawiłem: tag ‘oldschool’ na LastFM i ‘Tearz’ z ‘Wejścia do 36 komnat’ sie pojawił. Heh, pamiętny koncert berliński, RIP ODB)
Tak mnie dzisiaj jakoś nostalgicznie się zrobiło, kiedy popołudniowy obchód wykonywałem, jakbym miał tu już nie wrócić, a przecież to tylko niecałe 3 tygodnie, wtf? Zmartwiłem się w sumie potwierdzonymi przez Nugzariego wieściami od Iriny, że Ruski coś tam knują. Pawlowicz był u siebie na wiosce ostatnio, gdzie i mnie na weselicho gruzińskie kiedyś wiatry zawiały, a to wszystko blisko granicy Osetyjskiej. Jak tam się coś kręci to już powaga. Przeszukałem więc zachodnie serwisy, ale nic, milczą. Pewnie odezwą się jak… oby milczały długo!!!
(Pamiętne> “Crossroads”? > amalagona amalagona seven lari, heh, a to? nie da się zapomnieć wyskoków przy > Onyx )
A tu czas leci dalej do przodu, jakaś ekipa obczaja właśnie choinkę w holu, a Miszka coś tam im tłumaczy,śmisznie to wygląda, mógłbym podkładać głos…
Lost Boyz 4 Life na słuchawkach, a za mną ciężki, dziwny, wzbogacony o nowe doświadczenie dzień. Czegoś takiego jeszcze w piecu nie widziałem: potwór ogromniasty, wielkością grożący płytom chłodnikowym, bawiący się z palnikiem, a co najlepsze blokujący przepływ, 1700 C!!! Nie wiem co mnie jeszcze tutaj procesowego czeka, ale zbieram żniwo ‘dziwnych akcji’. Geneza zjawiska: hmm, ot mały ‘kusok’ kręcący się przed naszą ‘obmaską’ na 18 metrze. Coś jakbym toczył sobie kulkę bałwanową na śniegu, tylko w tym wypadku wszystko odbyło się w dużo wyższych temperaturach. Zatrzymaliśmy instalację, rozkręciliśmy, rozwaliliśmy dziada, nagrzewaliśmy, co dalej? Jura przez telefon wspomniał o prędkości chłodnika, ale niech Schumi się tym zajmie…
W przyszłym tygodniu Polska Opolska – Ozimska, myślę, że gdzieś tak bliżej środka niż początku, mam nadzieję, że nie końca. Jeszcze nie ustaliłem, więc znowu akcja – chwila ostatnia – się pokłoni. Cieszę się na ten przyjazd i już nie mogę się doczekać. Troszkę mi się wydłużyło przebywanie na zakaukazkiej emigracji ostatnio, a plan pierwotny: 2 miesiące, heh, już dawno stał się nieaktualny. Gruzja, czyli kraj w którym polują na kaczki bądź kaczory, jak kto woli, stała się moim drugim domem przez te ostatnie 8 miesięcy, choć nie zadomowiłem się, bo wciąż hotelowo, ostatnio medeowo-burdelowo.
A ten panujący Światowy kryzys? Cóż, jak powiedział LB, nikt nie żyje w szklanej bańce, czy jakoś tak. W sumie czekam na rozwój wypadków, bo i mnie może dosięgnąć całkiem realnie i namacalnie według ostatnich wieści-plotek, choć raczej nie kryzysowo, ale pokierować może moim losem.
Ot co.
Ps. Myślałem, że dzisiaj dzień wolny, ponieważ przez ostatnie 3 godziny nie widziałem ‘żadnej’, a tu proszę, przed końcem jedna, nowa, blondynowa…
Kartuli pogrążone we mgle, bez ogrzewania, bo rura zatrzymana na Cyklon, a później Vent/Exhaust Wentylator, by w konsekwencji robić Multicyklon. Ot dlaczego, jak już wspominałem cel dzisiejszej wycieczki to cel codzienny. O dziwo, ironio, ogrzewać się chodziłem do chłodnika…
Mgła spowiła wszystko dookoła, Wahtang mnie ostrzegał, żebym wrócał szybciej, a ja wciąż tu tkwię, jakby na złość i samemu sobie. Wszystko przez Mychę, który mnie zagadał w słusznej, tak czy owak, sprawie – nocy ostatniej roku. Plan jest, realizacja zostanie jeszcze raz przemyślana, głównie ze względu na ograniczenia czasowe, jak i odległości nas dzielące. Potem była Lozańska Olga, a teraz czekam, aż Japerson się posili. Wracając do mgły, to już z rana dała o sobie znać tuż za Tbilisi, gdyż jakoś w ‘nutri’ nic nie doświadczyłem, a wręcz kolejne Słońca z Żarem wstawanie. Ale teraz to już powaga, właśnie wyjrzałem po raz kolejny przez okno i mleko. Nie wiem, jak dotrę, pewnie milowy licznik, wiele nie pokaże. Mam tylko nadzieję, że po drodze nie dane mi będzie spotkać ‘maszyn-widmo’. A propos, jak jest mgła po rusku? Ling.pl podaje ‘туман’, a ja głupi z początku myślałem, że Wahtang’owi chodzi o korek, a ten przecież to ‘пробка’. No nic, nie mogłem sobie przecież odmówić i tak rzadkiego kontaktu z Japersonem. Filip oznajmił mi właśnie, że ‘tata poszedł siku’, więc rozmawiamy o prezentach na Mikołaja i jego szkole
‘Wiesz a ja ma 4,5 lat’
Kiedy to minęło? W sumie, to z niedowierzaniem odkrywam, że jutro będzie już 7 miesięcy, jak pierwszy raz postawiłem nogę na zakaukazkiej ziemi. Czas płynie, korzystaj więc…
W mgłę …
Ps. Oglądałem “Mgłę”, tak jakoś mi się skojarzyło dopiero teraz.
Sobota wieczorna nastała, godzina 19:29, siedzę na recepcji Medea’i i zastanawiam się czy skoczyć na tę pizzę do Vake, czy zostać w hotelu. Odgłos wewnętrzny, tym razem żołądkowy, przekonuje mnie do zebrania się, ale dam mu jeszcze pomarudzić chwilkę. Tymczasem słucham na LastFm’ie tagu tezetwu (bo tak należy, nie?) ‘underground hip-hop’, gdyż czasem można jakieś dobre nowe dźwięki usłyszeć, zobaczymy co dzisiaj przyjdzie. Poza tym Jura, ale nie ‘cyklończyk’, tylko ten rodem z CZ (były snajper) zadzwonił z wiadomością o IV cyklonie, heh dobrze, że i tak było w planie zatrzymanie, ale dlaczego nie dadzą odpocząć Pawłowiczowi?! Nie chce mi się o tym myśleć, jest sobota wieczór, tym bardziej, że jutro od rana Kartuli w związku z tym wcześniejszym planem i tu użyłbym Past Perfect, czyż nie? Niestety nie będzie kolejnej niedzielnej wycieczki, jak to bywało ostatnio, nie będzie widoków-szoków, nie będzie achów-echów, nie będzie odpoczynku, nie będzie nowości, nie będzie zdjęć, nie będzie …
Ps. Medea to burdel!