W końcu… Tyle opowieści o słynnych tytułowych pysznościach się nasłuchałem, ślinka ciekła strumieniami po brodzie i wreszcie dzisiaj, po raz pierwszy nie bez powodu. Cel obrany spontanicznie wczorajszego dnia > David Gareji, okazał się strzałem w samo sedno pięknych przeżyć, widoków szoków i podniebienia zachwytem. Gdzieś tak 60 -70 km (a wydawało się wieki) od Tbilisi na zupełnym pustkowiu zbudowano kiedyś Klasztor, coś tak około VI wieku, jak Mieszka naszego ’stroiciela’ na Świecie nie było, a pierwsi Polanie, jeszcze się tak nie nazywali. Oddech historii w płucach, żar widoku w oczach. Achom, echom gdzie wzrok tylko sięgał w duszy nie było końca. Surowsza natura, ale równie wspaniała, jak pamiętne Gudauri czy też Kazbegi, Znowu przekonałem się o zróżnicowaniu ‘pejzarzystym’ Gruzji i nie będę już wspominał, że morze, jezioro, góry, pagórki w obrębie niecałych 500 km. Mięso najświeższego sortu zakupione po drodze na żarze z … pnączy winogron!!! Nigdy bym się nie spodziewał, że będą tak długo 3mać temperaturę (a niby jestem specjalistą ds. Wypału). Jak wyjaśnił Besso: ‘nasi przodkowie tak przygotowywali jedzenie budując tę wieżę, to i my tak czynimy’. A wszystko działo się tuż pod granicą Gruzińsko-Azerską (Azerbejdżańską?), na której w fazie późniejszej stanęła nasza stopa. Tego opisać się po prostu nie da, odsyłam więc TU i w prawo i na lewo by dzisiejsze widoki zobaczyć…
A na koniec dnia info sms-owe od Californi o tym, że na mojej ‘gruzińskiej dzielni’ strzelano w pobliżu Lecha K. prezydenta naszego i Miszy S. kolegi jego … Teraz już wiem dlaczego, gdy wjechałem do miasta nie mogłem długo się przebić w stronę Saburtalo, a mijając Marriott wydawało mi się, że nasze ukochane polskie barwy widzę w holu. Jednak nie wydawało się…