No jest niedziela, a raczej była, bo już 0:58, czyli w sumie poniedziałek. Niedziela, jak niedziela, niby, do kościoła, na spacer, na rower, jakiś film we dwoje, do kina, nad jezioro, itepe. Niby normalnie, no nie? Ale nie dzisiaj, raczej wczoraj, tu plan taki nie został zrealizowany.
Przebieg dnia był, a raczej jest następujący: pobudka po 4,5 godzinach snu gdzieś tak około 7, szybkie śniadanie bez herbaty z cytryną, w sumie tylko sadzone jajko z kiełbasą, bo kanapki zapakowane w serwetki wylądowały w torbie, następnie maszrutką w stronę Kartuli, wysiadając umówiłem się z drajwerem na 17 (pierwotny plan), jest dobrze 70 t/h czyli coco jumbo, pierwsza próba na 80, obmaska, spokojne dojeżdżanie dalej, idzie 80 t/h już od dwóch godzin
, stabilnie i to bardzo, zmiana godziny o godzinę, Nukri przyjedzie po mnie o 18, jest Nukri, z torbą na ramieniu zmierzam w jego kierunku zachodząc jeszcze na chwilkę na sterownię, aaaa, piec idzie w ‘krzoki’, zostajemy, 5 razy wypada palnik, wyprowadzenie na nowo, ok idzie stabilnie, Nukri już czeka trzecią godzinę, ok czuję, że możemy jechać, teraz droga między Rustavi a Tbilisi, telefon od Oleg’a – wypadł chłodnik co robić? szybkie wskazówki, nic, zawracamy, Nukri jedź do domu, ja zostaję, jakoś dotrę i tak się już naczekałeś, ruszt uwolniony, w międzyczasie problem z napędem głównym, ok wszystko w porządku, jedziemy znowu, nim się obejrzałem północ – znak, że Jura przyjdzie, do przodu, myślę: godzinę poczekać godzinę później jechać?, będzie ok. 2:30 jak dotrę, zostaję…
Jest 1:11 siedzę w biurze, słucham muzyki by się odstresować, czekam na Californię, nasłuchuję czy klinkier stuka na przenośniku, a jeszcze trzeba przygotować raport na rano, długa noc…