Działo się oczeń mnoga wczera, jednak z braku laku, nie mogłem nic napisać. A bo to na szybkości po kabel, na jeszcze większej kolacja, już na spokojnie sen (dwugodzinny zresztą, tylko), normalnie w noc kręciłem piecem i tak jakoś wyszło, a raczej zeszło (przydałaby się więc maszyna, przelewająca). Z tych, czy też innych powodów tym w razem w drodze powrotnej z Kartuli wylewam myśli na komputerowy papier. Po pierwsze wkurzam się, bo mam całego kompa w pyle, po drugie wczoraj się kwa, kwałem, bo nie lubię nosić
reklamówek, a nosiłem, po trzecie, cholera zmęczyłem się bardzo. Nie narzekam jednak – taki los, po części sam zgotowałem sobie. A na deser, do tego wszystkiego California, zaszyta gdzieś w internetowym niebycie – Iwonicz Zdrój (“..uj, mój, Twój, wyp…,” z przeszłości – rok 1995).
Zaczęło się od braku kabla, a wcześniej jeszcze od spowolnienia ruchów i braku chęci oprócz wirtualnych podróży (wszystko przez tego lapatopa). Cofając się dalej wstecz, to od wyprawy do Populi i postanowieniu ‘nieżycia’ zdrowo, tak przez jeden dzień. Oj, co się niezdrowo nażyłem, hoho, to moje. Oprócz zapasów nie całkiem zdrowych napojów (nie opróżnionych jeszcze w 65 %), poprzez jeden, jedyny zestaw w MacFrajerze – żyłem cholera zdrowo. Zachciało mi się spacerów, a w szczególności ZOO, do którego zresztą nie dane mi było jakoś dotrzeć. Za to slamsy Saburtalo znam na pamięć. Tak, wszedłem do parku gdzie miałem zobaczyć lwa, ale ryku jegomości nie uświadczyłem. Za to z pieprzoną reklamówką, (dlaczego nie kupiłem tej torby??), łaziłem gdzieś bez sensu, składu i ładu. Trzy razy uświadczyłem ślepiej, nie oznaczonej uliczki, ale nie, nie będę się przecież wracał do wyjścia, co to, to nie ja. Zawróciłem tylko, za każdym razem, tylko … jakieś 500 m. Oczywiście wieża była mi gwiazdą polarną, zasłanianą zresztą przez bloki. Czy gdzieś na świecie istnieją przedmieścia w centrum miasta? Nie słyszałem nigdy o takiej kombinacji, jednak znalazłem takową tu, Tbilisi/Gruzja. To tak, jak z tego polskiego
filmu (tytułu nie pomniał) o małżeńswie dziadków, spokojnie żyjących sobie w domku, obok którego budują wielkie blokowisko (chyba w WWA). Nie, to nie ten film z Ferdkiem, jeszcze starszy. Dziadek się zaparł, a i tak zbudowali. Straszne, ale i żywe tutaj. Chodziłem i jakoś nieswojo się czułem, bo oczy zewsząd, bo słuchawki nie takie, do jakich oni przywykli, bo reklamówka. O dziwo, kilkaset kroków i się przyzwyczaiłem, i czerpałem, zachłystałem się widokiem. Już nawet taxi nie potrzebowałem, nie chciałem się tak szybko wyrwać, brnąłem coraz głębiej. I tak przez 3 godziny, robiąc odcinek maratonu podzielony na cztery. Zwiedzałem, nie, podglądałem, zaglądałem w kąty, bałem się psa zębów, bo “wilki jakieś”, ale na szczęście nie “na deszczu”, chociaż urodzony też jako drugi. I fociłem na reszcie bateryji. A tu nastał już czas kolacji, a jeszcze nie miałem kabla, i nagle się zbiegło: wyjście i główna droga. I taxi za 5 lari, o które już mi się nie chciało negocjować, bo za 40 tetri to se mogę – pojechać w ścisku maszrutką, tylko tych dzieci żal.
I potem kabel był, i Nino, i Irina, kolacja, spanie – chyba raczej leżakowanie, i wreszcie piec pracował, chyba pełną parą… I teraz jadę do hotelu, będę jadł i spał znowu, odpocznę, a potem pomyślę – dobry czas był to, no to co ugotować…
Ps. A no i kwa, kwałem bo mi Mirab na prawie wszystkich fotach nogi obciął, a nieba, hoho i jeszcze trochę…