Gza’shvili na zakaukazkiej emigracji…

Plan był wyjechać na miesięc, ale jak to zawsze z planami bywa …

Ugol będzie grany czerwiec 3, 2009

Zaszufladkowany do: branżowe — gzachris @ 9:29 pm

Jankes wyleciał w stronę Krzyżakowa, by powrócić w poniedziałek i mnie podmienić, o dzięki heh, mogę jechać do PL. Za nami szkolenie operatorów gruzińskich, które wypadło całkiem pozytywnie. Nie spodziewałem się takiego zaangażowania uczestników, tylu pytań, tak dogłębnych długich dyskusji. Oczywiście zaskoczeni byliśmy niemało –> średnia wyników testu: 76 %. Zobaczymy co im zostanie, jak za dwa miesiące przeprowadzimy ten sam test, ale już w lepszych warunkach – ‘mniejgrupowych’. Poza tym śmieszne dni miałem ostatnio bo w jakiś sposób pokrewnie inżynierska dusza i ciągły zlew min. na drodze i z min Meraba, heh…

W pt Polandia, po raz kolejny w rozjazdach, coś nie mogę wysiedzieć na d#pie podczas tych wizyt. W połowie służbowo Słowacko – Wielko Tatrowo – Grand Hotelowo Prahowo, Tatransko Lomnicovo, heh, bo to niby główny cel przyjazdu, a te dwa weekendy to tak przy okazji. Niestety nie zgrały się te daty, głównie przez Mr D i nie będzie mnie tu w czasie rozruchu instalacji węgla, z czego wcale nie jestem zadowolony, bo przecież to mój piec, moja instalacja, którą czekają takie zmiany, ehhh… Mr W nie za bardzo zadowolony i powiedział, że się obawia, ale ja jestem dobrej myśli. Nikt nie jest niezastąpiony przecież. Obliczyliśmy dzisiaj nowy zestaw surowcowy, przygotowaliśmy schemat dozowania, omówiliśmy najważniejsze punkty, powinno być ok. Jutro jeszcze szybki przegląd Kartuli, żeby w sb ruszyć z nagrzewaniem bez problemu i we wt podać ‘ugol’.

Tymczasem po rozmowach-wykładach w Coffe.ge w Vake. Cenię je bardzo, głównie jako szkołę zarządzania ludźmi, ciekawe podejście i przede wszystkim praktyka na ‘żywym organizmie’. Przyda się…

Może tak by się zacząć pakować po kolejnym odcinku SCh?

 

Pękła carga na połowie obwodu maj 27, 2009

Zaszufladkowany do: Muzycznie, branżowe — gzachris @ 9:58 pm

Nosaj Thing, Flying Lotus, Lulu Rouge, Barbara Morgerstern, Boxcutter – muzyczne propozycje Psilo, które przypadły mi do gustu. Praktycznie one wypełniają dźwiękami Tbiliskie mieszkanie ostatnimi czasy. Do tego Kode9, Benga, Sream, Dj Hatcha, Digital Mystikz… i sąsiedzi wciąż pozostają niewzruszeni, heh.

Tymczasem wspomnienie pewnej książki przypomniało mi o tym, że w lodówce mam puszkę ananasów, a właśnie na coś takiego miałem ochotę, he! Filmu nie widziałem… Poza tym po bólach na łączach ściągnął się wreszcie Zapaśnik, o którym tak głośno było swego czasu, co to Mickey “9 i pół tygodnia” Rourke samego siebie zagrał tylko w przebraniu. Wcisnę go zatem gdzieś w moją kolejkę filmową i może za kilka dni uda się obejrzeć. Po pracy odgrzewam ostatnio SamuraiChamploo, które tak męczyłem na 4tym roku, a może na 5tym? Wszystko za sprawą komiksów, które przyszły z Japan razem z tymi AfroSamurai, jakimś staffem oraz Director;s Cut z muzyką Rza, dubbingiem Samuela L. Jacksona i Lucy Liu. Dobre, a nawet MNIAM!!!

A w pracy czekam na ten ‘ugol’ i w sumie to większość czasu w Rustavi z Erick’iem, choć dziś było Kaspi i to jaka akcja tam zastana: pękła carga na połowie obwodu!!!

 

nie mam dziś szczęścia do pogody – lubię Lulu Rouge maj 24, 2009

Zaszufladkowany do: ni z gruszki, ni z pietruszki — gzachris @ 4:22 pm
Tags: ,

Wyszedłem, by zobaczyć co się dzieje na KusTbie. Słońce mi towarzyszyło… niestety tylko do czasu kiedy tam przybyłem. Zostałem opuszczony po 5ciu minutach, a moimi kompanami stały się deszczowe chmury, które nagle zaczęły nadciągać ze wszystkich stron. Zmienia się KusTba, proces dostosowania do ‘jakiś’ przyzwoitych warunków trwa: w kawiarni, już odgrodzonej, z nowymi stolikami, z kelnerami, wzbogacone menu. Brzydka betonowa elewacja (beton potrafi być piękny, ja to wiem) zaczyna przybierać ciekawej postaci. Jezioro oczyszczono, przybyło miejsc ‘leżakowych’, rowerków wodnych i kajaków. KusTba się zmienia…

Wyszedłem, by w ‘moim’ Populi XXL wydać 32,5 Lari, nie kupując nic, poza cytrynami, cukrem, wodą… No dobra, kupiłem jeszcze trochę ’staffu’, którego miejsce w łazience…

Wyszedłem, by po raz kolejny, a przecież jest tak co dzień, przekonać się o finezji kierowców gruzińskich. Dziwne, że po roku spędzonym w tym kraju, coś jeszcze może mnie zadziwić, a jednak…

Wyszedłem, bo lubię światło dzienne, tak różne od tego, które rozświetla pokój przechodni, w którym spędzam większość czasu gdy jestem w mieszkaniu.

Wyszedłem, by spróbować, jak smakuje Lulu Rouge “Bless You” na świeżym powietrzu, chłodnym, przed deszczowym, tbiliskim…

Wyszedłem, by wrócić, usadowić się w wygodnym fotelu na balkonie, otworzyć tę stronę i coś napisać, by po jednym z akapitów, zauważając krople na monitorze, przesunąć się bardziej w stronę drzwi i tam dokończyć spoglądając na wiosenny deszcz…

 

Grzeje niesamowicie maj 23, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 2:34 pm

Powiesiłem pranie i przeniosłem się na balkon złapać troszkę Słońca. Nie za bardzo mi się chce jechać na Kus Tbę choć pewnie powietrze na ten upał blisko wody byłoby lepsze. W tym roku jeszcze tam nie byłem, a w zeszłym o tej porze to już zaliczyłem chyba z 20 wizyt z kąpaniem w zestawie. Nic to, poza tym nie ma tam Pana Interneta, a muszę dzisiaj troszkę poszperać po testach. Do Kartuli nie było po co jechać – piec zatrzymany, a Nugzhari daje radę. Wyspałem się, śniąc dziwnie bardzo. Czekam na Wtorkowego Amerykana, żeby coś się wreszcie podziało z tymi mokrymi. Mam nadzieję, że INSTA weźmie się wreszcie za robotę i przyjazd 5ego nie będzie zagrożony. 3 dni PL, 3,5 dnia SL, a później… plany się zmieniły, nie będzie AU, a szkoda. Nie tym razem to następnym.

W Gruzji zaczęło się koncertowanie, choć ‘gwiazdy’ (hę?) odgrzewane: Coolio, X-Zibit czy coś tam jeszcze. Jakieś OpenAir na Shardenii nawet było. W lecie zapowiadali Snoop Dogga, ale nie dam 500$, bo to bez sensu. Kogo zaproszą na 26 maja – Dzień Niepodległości? W zeszłym roku Roisin Murphy pozostawiła niesamowite wrażenia… Może coś będzie już na Tbilisi Events… Nic nie ma, dziwne, przecież to za 3 dni. Trzeba wyjść na miasto spojrzeć na plakaty.

 

Ale jak to? maj 11, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:19 am

Tbilisi – Gori – Kutasiki – Zugdidi – Mestia – Ushguli – Poti – Kobuleti – Batumi… 1300 km po Gruzji

A z pamięciowych akcji: Bobek, Pani Prezydentowa, Chaczapuri Migrelskie, Izraelscy Polacy w Kobuleti, drogi w wąwozach, wieże obronne, źródełko z wodą mineralną, szaleni kaukazcy bojownicy, zimna woda, która okazała się ciepłą, czerwony Kazbeg, którego nie zobaczyliśmy wstając nie raz o 5 rano, ostre jedzenie …

Zdjęcia poniżej:

Svaneti

Batumi

 

Git Up Git Out maj 7, 2009

Zaszufladkowany do: Z chwili ostatniej ... — gzachris @ 7:32 am
Tags: , , ,

Niespokojna Gruzja znowu na świeczniku, choć tylko przez chwilę – bunt w bazie Muhrowani. A było to tak: w najtajniejszej tajnej tajności prorosyjscy generałowie knuli spisek, jak generał Canaris. Chciano doprowadzić do puczu wojskowego i obalenia władzy. Dwie bazy wojskowe Muhrowani i Gori zaplanowały na 11 maja te przewrót, nie fikołek > zdobycie Tbilisi, okupowanie urzędów, wywołanie chaosu w Państwie na granicy Azji i Europy, w następstwie Rosjanie czekający na taki sygnał na granicy z Osetią Płd. wkraczają by uspokoić sytuację. Taki scenariusz, prawie jak w Walkirii. Nic to, nie udło się, gdyż w poniedziałek późnym wieczorem rządowe jednostki specjalne aresztowały dowódców spiskowców i tyle. Tyle, że żołnierze w bazie Muhrowani zbuntowali się i od rana nie wykonywali rozkazów. Bunt stłumiono, drogi zablokowano, a Miszka latał helikopterem…

A my > tajsko w teń dzień. Wybraliśmy się na godzinny masaż tajski całego ciała w oliwkach. Godzinny, a wydawało się, że 5cio minutowy.”Everything, everything?” heh. Przyjemnie bardzo, choć jak ta Tajka wbijała mi kolana i łokcie w moje ciałko … Najbardziej śmieszyło ją jak przyłożyła swoją mini dłoń do mojej patelni, a później zapytała o rozmiar buta, bo w Gruzji rzadko taki widuje, a tam w dalekiej Tajlandyji, do której się na pewno wybierę, to już wcale, heh. Zrelaksowani pojechaliśmy na zapiwkowaną pizzę do Vake, obiecując sobie, że już jutro, to tylko wino gruzińskie – mukhuzani czeka…

 

Nie takie ‘pitu, pitu’ czyli Hej Przygodo maj 4, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:58 am
Tags: , , , ,

Tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach. Jest po czym odpoczywać, narobiliśmy górskich pieszych kilometrów, a co najważniejsze pokonaliśmy granicę 3000 mnpm.

(02.05.2009) Zabawa rozpoczęła się od spotkania przy eMCe Donaldzie niejakiego Dato, czy też Davit’a – alpinistę, który okazał się później prawnikiem z wykształcenia, no ale taki “life style” zadecydował… Pojechaliśmy w czwórkę w stronę Kazbegi, wioski na końcu Świata, która okazała się nie tak na końcu, bo za nią jeszcze było kilka, które mijaliśmy w niedzielę jadąc wąwozem Darial, to jednak wybieg wprzód. Kazbegi przywitało nas około godzin wieczornych, więc zanim dotarliśmy na nocleg, podjechaliśmy pod wodospad, drogą z której, by uczynić ją przejezdną, musieliśmy usunąć niemałe ‘głazki’ tzn, ja jechałem a pozostali usuwali, bo tak jakoś przypadła mi ta rola. Wodospad wodospadem, ładny mógłbym rzec… Wcześniej jeszcze, tuż po wjechaniu do Dariali – głazy już takie potężnych rozmiarów blokowały połowę drogi, od wewnętrznej strony oczywiście, bo zewnętrzną była już tylko skarpa w dół. Przejechaliśmy jakoś prosto, później tunelem by zobaczyć krzyż na zboczu i tańce zataczańce miejscowych wokół niego. Nocleg mieliśmy w miarę, najważniejsze, że woda ciepła i łazienka zadbana, tylko bez kotary na prysznicu, więc po prysznicowaniu dnia następnego niby czterech, ale jednak chyba trzech, pływała. Jeszcze podczas kolacji uzgodniliśmy, że cel pozostaje ten sam, czyli Stacja Meteorologiczna (3 680 mnpm) pod Kazbegiem. Jednak już o poranku (gdzieś tak koło 6ej) w ‘ciepłym’ zweryfikowaliśmy plany, uznając że nasze wyposażenie do spania nie nadaje się do temperatur wahających się w okolicach – 10 stopni Pana Celsjusza. Następnym razem. Cel zmienił się tylko o 680 mnpm. Podjechaliśmy pod szlak (heh, jak sobie wytyczysz to będzie), zostawiając IAA’e zdobyliśmy czworonożnego przyjaciela, któremu chyba nudziło się w wiosce i postanowił pójść z nami. Na pierwsze podejście nie mam innego słowa, jak tylko hardcore > przewyższenie to jakieś 300 – 400 m i powiedzmy, że tak na oko 70 stopni. Piękny widok “z” na Cminda Sameba’e na tle Kazbega wynagrodził jednak nasz trud. Później zejście z drugiej strony, koło brzózki, (która stała się dla nas później punktem do komentarzu w stylu “widzisz ile my dzisiaj przeszliśmy, popatrz gdzie brzózka”) gdzieś tak znowu te 300 m w dół i od potoczka, już w górę 300 metrów by znaleźć się u podnórza cerkwi, do której jednak zadecydowaliśmy się zajrzeć podczas drogi powrotnej. Górka przed nami zdobyta, za nią następna, “jak wejdziemy na następną to schowamy się tam od wiatru”, kolejna później, troszkę jeszcze, żeby zobaczyć tę drogę do Stacji na przyszłość. Ok, koniec, jesteśmy na trzech tysiącach podobno, tak przynajmniej powiedział nam Dato, a mijający nas alpiniści potwierdzili. Nie mam słów, by opisać te widoki, których doświadczyliśmy, brakuje ich po prostu, nic nie jest w stanie oddać tamtych chwil zachwytu. Wiersze, zdjęcia, video… to na nic. Po prostu należy samemu to przeżyć. Już wtedy postanowiłem, że tutaj wrócę i pójdę dalej, do Stacji, a może nawet na Kazbeg. Lista sprzętu, który potrzebowałbym rosła, z każdą chwilą, ale wydaje mi się, że osiągnęła już moment, w którym “nic dodać nic ująć”. Luczjano zapowiadał się na sierpień czy też wrzesień, właśnie na taką wyprawę, więc… Zeszliśmy do Cminda Sameba’y, a później łagodniejszą choć ‘błotniejszą’ trasą wróciliśmy do IAA’y. Eh, wrażenia ;) Wieczorem Khinkali i ser, nie trwało zbyt długo, kiedy głowy spoczęły na poduszkach… Ach i pogody nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej.

(03.04.2009) Plan z wczoraj > pobudka 5:00, cel > czerwony Kazbeg. Realizacja > pobudka 4:55 > deszcz!!! > spanie do 7ej. Śniadanie, pakowanie i samochodowe ruszenie Wąwozem Darial (”głęboki na 1 500 m kanion”). Dojechaliśmy aż do granicy gruzińsko-rosyjskiej po czym zawrót, wciąż w deszczu strugach. Kolejny cel > Dolina Truso. Po drodze zaglądneliśmy do wioski Arsha, w której znajduje się jaskinia, a tuż poniżej stara cerkiew, obok której stoi wieża wartownicza. “Sjeczas na prjawo” i pojechaliśmy… zawieszając się na śniegu po przejechaniu góra dwustu metrów. “Hey przygodo” heh. Podkładanie pod koła, napęd na 4ry w wersji H czy L, nic to, podwozie zawisło. Dato skombinował łopatę z najbliższej wioski i szuflowaliśmy przez ponad godzinę. Przy końcu zjawił się lokalny bonzo, w postaci “Goldka”. Przydały się ćwiczenia w jeździe po lodzie zdobyte w Finlandii i po możliwości cofnięcia z całym impetem pokonałem kolejne śniegi, heh. Dj Śniegu pewnie to Twoja sprawka. Nie ujechaliśmy 300 metrów, a tu następne kłody pod nogi – zerwana linia elektryczne w pobliżu suszarni kruszywa. Nie było możliwości objechania, więc wszyscy z auta, zamknięte oczy, pikawa i już za mną – hey przygodo. Dojechaliśmy na miejsce, góra na lewo, góra na prawo, po środku gdzieś dotarlibyśmy do wąwozu. Paweł – ta na prawo, bo lepszy widok, i będziemy widzieć Kazbeg z drugiej strony, ja, ta na prawo bo ambicja po wczoraj, a dziś tylko samochodowo. Rozsądził nas Dato i poszliśmy prosto wąwozem Truso, słusznie, jak się później okazało. Za każdym nowym zakrętem jeszcze piękniej, tylko droga stawała się trudniejsza, ponieważ bardzo się zwęziła przez śnieg i żeby po nim nie iść, a nie wpaść przy okazji do rzeki mieliśmy do wyboru balansowanie po kamieniach. Żeby tego było mało, co rusz musieliśmy przechodzić po lawinach, które już całkowicie blokowały drogę. Ze względu na mostki śniegowe, w które można było łatwo wpaść i nachylenie, po którym zjeżdżając, czekała by nas zimna kąpiel to przejście wcale nie należało do najłatwiejszych. Nie raz ‘broczyliśmy’ po kostki w wodzie i tu… chwała GORE ;) Nic, a nic nie przemokło, skarpeta suchutka, śmiało polecam więc Ecco Rugged Terrain V. Nie dość, że mega wygodne, a był to mój pierwszy w nich wypad, to w dodatku poddałem je mimowolnie takim testom wodnym, że jak teraz nie przemokły to już nie przemokną nigdy. Gore, Gore. Znowu nie opiszę widoków nie-do-o-pi-sa-nia. Miało być lajtowo tego dnia, było podobnie, jak poprzedniego, ale kto by żałował? heh ;) Do Tbilisi dotarliśmy, gdzieś tak około 21, tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach.

Zdjęcia:

Kaukaz – dzień pierwszy (Cminda Sameba i wyżej…)

Kaukaz – dzień drugi (Darial Gorge, Truso Valey)

 

Aba he maj 1, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 9:32 am
Tags: , , ,

No to pięknie, wczoraj tzn. dzisiaj rano, wcześnie rano, czyli w  sumie w nocy, jadąc na lotnisko zatrzymała mnie Policja i… jak zwykle (już 7 udanych razy) chciałem się wykpić angielskim, udając, że ruskiego ni w ząb, ale … nic to – On mówił po angielsku!!! Tym razem jednak spokojnie bez przepisów łamania, rutynowa kontrola trzeźwości kierowcy, znaczy się dmuchanie, nic nie pokazała, wymieniliśmy kilka zdań typu: gdzie Pan, skąd Pan, po co Pan, gdzie Pan zmierza o tak późnej porze, what’s up doktorze?, wie Pan to nie ta droga, wiem, dopiero co się skapnąłem, że to nie ta ulica, jak mnie zatrzymaliście… Nic to, ale, ale…

No i Paweł z Basią dotarli i zdziwili się mieszkaniem spodziewając się zapewne jakieś komuny głębokiej, a tu Kolumny greckie pośrodku, heh

Poza tym plany na dzisiaj, sb, nd takie, że tymczasem Kartuli, tak gdzieś do 12:30, później pakowanie, wcześniej po śpiwór, o 15 koło McDonalds’a spotkamy alpinistę, co to go Iriszka zorganizowała  i z nim już ruszamy zdobywać Kaukaz, cel 3680 mnpn…

Przed wczoraj jeszcze akcja prezedenckiego zamieszania w Rustavi -odwiedził nas propagandowy Misza i powtórka z rozrywki, z rozrywki powtórka… W tym roku zakończyliśmy projekt filtrów i drugi piec na tym systemie włączyliśmy w poniedziałek, z komina nie wylatuje już nic, a jak już to 2mgph (norma 10mgph), czyli nie zauważalnie dla oka. Spójrz z wieży w Kartuli na domy dookoła, teraz wydaje mi się, że ludzie zaczną narzekać, że nie mają już więcej darmowego nawozu w ogródkach… Nic to, zamieszanie z ochroną Wielkiej Głowy, jak poprzednio. Najbardziej ciekawią mnie snajperzy, co to sobie nie zdają sprawy, wchodząc na instalację, że to nie dla zabawy temperatury tam panujące, to jak grzejące Słońce z bliska. A ogólnie to PRO PA GAN DA, ponieważ do tych filtrów Miszka nie przyłożył złamanego Lari, ale oczywiście przyjechał z  telewizją, gazety, bzdety, dziennikarze itepe Przecież trzeba pokazać, że coś się dzieje w Gruzji, heh. Opozycja tymczasem dalej w namiotach koczuje (już czwarty tydzień) blokując nie tylko główną ulicę Tbilisi – Rustaveli, ale również wjazd do Saburtalo…

WTEM, właśnie teraz!!! Jasiu, Guru mój inżynierski dzwoni na Skype. Wiadomości z Tanzanii, gdzie ‘prostuje’ proces w naszej cementowni, przekazane: “Do morza mam 50 metrów” heh,haj lajf,  ale i tak najlepsze zakończenie “Dobra Krzysiu to idę na plażę” heh Może by się tam do niego wybrać? Ernst&Young nieźle mi skalkulował podatek alokując tam i tu, więc za zwrot by się dało…

 

Kubicowanie kwiecień 25, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 11:02 am
Tags: , , , ,

Piter ‘Panocek’ zaskoczył mnie z rana telefonem, że w moim mieście za Górami Kaukazu -  Tbilisi, rozpoczęły się Mistrzostwa Europy w Judo (czyt. Dżudo, heh). Wielki fan wszelakiego sportu, w którym występują reprezentanci PL – żywa chodząca sportowa encyklopedia,powiedział, że takiej okazji nie mogę przepuścić, tym bardziej, iż mamy tam swoich Opolskich Ziomków – Tomasza Kowalskiego (AZS Opole) kat -66 kg oraz Urszulę Sadkowską (KS Gwardia Opole). Walki tego pierwszego przypadały właśnie w piątek (24.04). Szybki skok na ‘official site‘, a później Google Earth i już wiedziałem, gdzie spędzę wieczór > Saburtalo, moje stare hotelowe rejony. W czasie dnia natomiast on-line śledzenie kwalifikacji (1, 2) ,  które nasz judo’ka przeszedł, jak burza: z Litwinem 1:28 (Ippon), z Gruzinem 5:00 (2 x Yuko), z Krzyżakiem, szybki szpil w 19 sekund (Ippon), półfinałowo z Italiancem w ostatniej sekundzie (przez Yuko). Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak wcześnie wyjechałem z pracy, ale już o 16:45 byłem w Didube, ubierając Małyszową koszulkę z Orłem na Piersi i szukając flagi. O tej porze w TBS panują straszne korkociągi, przypomniałem sobie więc o metrze, zostawiając IAA’e na podwórku. Odczytałem robaczki na Tsereteli i ruszyłem w stronę Politekhnikuri, gdzie znajduje się Sport Palace. Przy wejściu ‘karki’, pytam jak tam z biletem, a Oni widząc Orła przepuścili mnie do środka bez, heh?? Znalazłem się gdzieś tak w środku widowni, usiadłem na pierwszym wolnym miejscu obok jakiś japończyków z kamerami, którzy nagrywali walki (by później w tajnym laboratorium niedaleko Kioto analizować je po kawałeczku). Popróbowałem aparatos, rozglądam się, czy są jacyś polscy ‘Kubice’ na widowni, ale nikogo nie dostrzegłem i WTEM! (znowu jak z Tytusa) w jednym z ochroniarzy, rozpoznałem znajomą twarz – szefa ochrony. Ta sama firma ochrania naszą cementownię, a z gościem miałem przyjemność jakieś trzy tygodnie temu, gdy go z leksza musiałem ustawić, ponieważ jego człowiek wszedł sobie na wieżę wymienników ciepła, bez zgody nikogo i w dodatku spał smacznie. A tam proces, a tam 350 stopni minimum, a tam niebezpiecznie, a on nie przeszkolony, nieświadomy… Nic to – wspomnienie takie.  Podszedłem do szefuńcia i pytam, czy nie może mnie jakoś wprowadzić niżej… Tak też się stało. Usiadłem praktycznie tuż przy macie, przy zawodnikach, trenerach. Heh, ale akcja, jak na dłoni. Z tej perspektywy walki wyglądają całkowicie inaczej, niż w telepatrzydle. Akurat walczył jakiś ‘Gospodarz’ z kimś tam, więc dobra okazja do oceny zachowań kibiców: tylko pojedyńcze krzyki, nic więcej, żadnej pieśni, po której przeciwnik by się przestraszył – nic podobnego do naszego Małyszowania, Kubicowania, Kowalczykowania czy Siatkowania. Następna walka to finał mężczyzn w kat -60 kg, czyli kogucików > na macie Rosjanin z Ukraińcem. Oczywiście publika za tym drugim, który po niemałym wysiłku, niestety przez Ippon przegrywa. Kolejna próba focenia, bo to już ten moment się zbliża, kiedy na matę wejdzie Kowalski. Najpierw jeszcze walki o trzecie miejsce w kat -66 kg, podczas których tTuż obok mnie usadowlili się lekarze polskiej reprezentacji, z którymi wdałem się w jakąś tam rozmowę. Okazało się, że jednemu podprowadzono rano apteczkę, heh, pięknie, ale nie dziwi ten fakt, ponieważ nie było praktycznie wydzielonego miejsca na trybunie – dla zawodników, medyków, trenerów. Wszyscy wymieszani z kibicami = Gruzja. Później Khinkali, czmeruli i Mukuzani w temacie. Po chwili przyszedł trener, obok którego skoncentrowany Kowalski. Wchodzi na mate On i Węgier > bitwa rozpoczęta > mega emocje. Raz ten tego, później tamten tego rzuca w jedną i drugą stronę. Wyginają się niesamowicie, nie pozwalając by przeciwnik ich rzucił na plecy. Węgier dusi naszego, aż widać na twarzy jak mu krew nie przepływa  i czerwienieje, lekarz mówi, że to już koniec, ale jakimś cudem wywija się z opresji. Niesamowite. O, w dodatku jakaś kontuzja palców naszego, jedna i po niej druga. Medyk mówi, że często zdarzają się złamania, skręcenia, a nawet zdarcie paznokcia, uuuu! Główny lekarz wraca i mówi, że nasz coś się skarży na bóle brzucha i rzeczywiście widać, że często za ten brzuch się łapie. Nic to, walczą dalej i przewaga, którą z początku miał Węgier przechodzi na naszą stronę. Teraz ‘POL’oneli atakuje częściej, ale runda kończy się bez żadnego punktu po obu stronach, w konsekwencji czego następuje 3- minutowa dogrywka. I ta nie rozstrzyga, więc chorągiewki. Lekarze-stare wygi judo’we obstawiają, że Węgier wygra i tak też się po chwili dzieje. Srebro, srebro na Mistrzostwach Europy Seniorów!!!, a przecież ma dopiero 20 lat i już tytuł Mistrza Europy Juniorów za sobą. Piknie, gratulacje. Następuje rozdanie medali, po czym kieruję się do wyjścia. Wychodząc przyczepił mnie jeszcze ‘naczelnik achrany’ oznajmiając: “Christof ja zdziest budu zaftra i posle zaftra w waskresenie…” więc jakbym chciał podobne miejsce, to nie będzie z tym problemu, heh znajomości ;) . Dzisiaj jeszcze jakieś walki naszych reprezentantów, więc pewnie zawitam do Sport Palace na finały, a w niedzielę kolejna Polska Opolska na macie…

Ps. Kilka fotek tu > link

 

bum bum bam bam kwiecień 22, 2009

Zaszufladkowany do: Dziennie — gzachris @ 2:21 pm
Tags: , , , , ,

Zaczytałem się zasłuchawszy, głównie podczas drogi do i z pracy > Идиота. Myśli błądzą gdzieś wokół tej książki i czekam, aż wrócę do niej, tym bardziej, że mogę słuchać wychodząc na zakład, coś tam sprawdzić, przestawić, ustawić… Wygodny sposób jeśli się nie ma zbytnio możliwości ‘normalnego’ czytania, a takie uprawiam obecnie przewracając od dłuższego czasu kartki Saviano – “Gomorra” + krótkie rozdziały z “Pasji Życia” Pałkiewicza. Tak , jak mi powiedział Janusz o tych Audiobook’ach – wciągają, fakt.

Ale, ale, zapomniałbym wspomnieć, że wczoraj miałem małą stłuczkę, choć nic się nie stłukło. (mam na tytuł). Jechałem sobie do Kaspi. Nie dotarłwszy jeszcze do Tbilisi, jak tu nagle, wręcz (Tytusowo) WTEM! , drugi samochód przede mną zatrzymał się praktycznie w miejscu i bez kierunkowskazu, jak to jest przyjęte, skręcił na myjnie. Hamulce BeeMdoubleyou-W, który był ‘in front’ z przeraźliwym odgłosem zablokowały koła, to samo moje, a opony tarły jeszcze z dwa metry po asfalcie. Próbowałem odbić na lewo, ale ze względu na fakt, iż coś jechało z naprzeciwka, nie mogłem za bardzo się wychylić i prawie się udało, a prawie robi różnicę. Lekko pyknąłem gościa, choć huk był niewspółmierny do, jak się potem okazało, skutków tego dotknięcia. Środek drogi, dwa pasy, my na tym środkowym, patrzę a gość wysiada, to mu pokazuję, że zjedziemy na bok, co by niebiezpiecznie nie było. Ten chyba nie pojął, bo oni nawet samochody potrafią naprawiać na środku skrzyżowania, a widziałem taką akcję nie raz. Nic to, machał a zjechałem, po chwili i on uczynił to samo. Wysiadłem i jak tylko zobaczyłem zderzak IAA’y to się zdziwiłem, ponieważ nic w sumie tam oprócz farby z Jego mochodu nie było, no może lekkie otarcie.  U gościa trochę poważniej: łączenie na zderzaku mu odeszło i lepsze obdarcie miał niż ja (porównanie) . Zadzwoniłem do Iriny by sprawdzić czy IAA jest ubezpieczona i żeby pogadała z nim, bo gość tylko : ojojoj, ojojoj i że trzeba trzymać dystans. No fakt, trzeba. IAA Ubezpieczona, git. Porobiłem zdjęcia, powiedziałem mu, że ubezpieczyciel się tym zajmie, gość wziął mój numer, od Iriny i pojechał, wtf? – myślę, przecież coś byśmy spisali… Zadzwoniła Irina i przełączyła na Temo, więc mu mówię, że gość gdzieś pojechał, a ja dalej jestem w tym miejscu, heh, zdziwiła się, no ale nie będę gościa gonił. W tym czasie do Iriny zadzwonił owy, poinformował, że odjechał jakiś dystans i zatrzymał się przy patrolu policji. Czekałem na rozwój wypadków. Po chwili Irina powiedziała, że gość nie ma żadnych roszczeń, wtf??? po raz drugi w głowie. Ok, nie to nie. Dziwna akcja, ale niech mu będzie. Pojechałem do Kaspi. Wracając, jakoś tak o 20ej, dzwoni Irina i mówi, że chyba jednak się namyślił, albo był gdzieś z tym wózkiem i mu pewnie coś tam zaśpiewali za naprawę. Ok, niech będzie, heh, ale śmieszne to wszystko. Dziś jest dziś i jakoś sytuacja została w miejscu z wczoraj wieczora. Cieszy fakt, że tak długo udało mi się w miarę bezpiecznie, w sumie 8 miesięcy, a w tych warunkach to wyczyn, heh. Najważniejsze by się teraz nie posypało, no i klocki chyba muszą mi zmienić, bo coś piszczą od czasu do czasu…

Ps. Mietk okazał się Bumą