Cóż to był za dzień…
Ranek nie zapowiadał z pewnością tego co miało później nastąpić. Po otwarciu oczu, odchyliłem nogą firankę i chciałem zamknąć je na powrót. Pochmurno, szaro, do tego mżawka zaznaczała się maleńkimi kropelkami na szybie. Mimo wszystko postanowiłem, że wybiorę się z Merabem nad Zbornik Sioni, jak planowaliśmy poprzedniego dnia (Wyjazd z Kachą do Kakheti nie wypalił z jakiś tam przyczyn).
Odbiliśmy z drogi do Sagarejo kierując się na północ i od tego momentu zaczęły się dziury, które towarzyszyły już nam do celu. Po drodze zatrzymaliśmy się niedaleko ruin zamku z IV w, niestety gdy wspieliśmy się na zbocze, na którym był postawiony cały widok był przykryty białym kożuchem. Cóż, innym razem. Później była tama, na której panował Vasiko, a tuż za nią wioska o śmiesznej nazwie Sasadilo (Stołówka). Merab nie był w stanie wyjaśnić mi skąd się wzięła ta nazwa, więc postanowiliśmy, że zapytamy pierwszą napotkaną osobę. Tak poznaliśmy Babulię, właścicielkę lokalnego sklepu, która wyjaśniła nam, że nazwa jej mieściny wzięła się od wspomnienia sutego posiłku wojsk Królowej Tamary, które przed kilkunastoma wiekami odpoczywały na tych ziemiach… A później to już było rodzinnie. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce, by zrobić zdjęcie przydrożnym dziadkom i jak dowiedzieli się, że jestem z Polski zostaliśmy zaproszeni do ogródka na posiłek. Okazało się, że córka gospodarza mieszka w Polsce w Tarnopolu. Do akurat pędzonej czaczy, zastawiono stolik i nas ugoszczono. Gdzie jeszcze można spotkać takich życzliwych ‘nieznajomych’ ludzi? Jakby tego było mało przed odjazdem dostaliśmy reklamówkę jabłek z zaproszeniem do ponownych odwiedzin, kiedy tylko znajdziemy czas. Miło. Już było niedaleko Sioni, kiedy spotkaliśmy dwóch dziadków, a Merab spytał się czy nie chcą by ich podrzucić. W czterech ruszyliśmy dalej… Jeden szedł na wesele, a drugi na pogrzeb. Pstryk. Sioni nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak Tsalka, ale też było ładnie. Giorgija spytaliśmy na skrzyżowaniu bez znaków o drogę do Tbilisi i ruszyliśmy przed siebie na khinkali…
