Tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach. Jest po czym odpoczywać, narobiliśmy górskich pieszych kilometrów, a co najważniejsze pokonaliśmy granicę 3000 mnpm.
(02.05.2009) Zabawa rozpoczęła się od spotkania przy eMCe Donaldzie niejakiego Dato, czy też Davit’a – alpinistę, który okazał się później prawnikiem z wykształcenia, no ale taki “life style” zadecydował… Pojechaliśmy w czwórkę w stronę Kazbegi, wioski na końcu Świata, która okazała się nie tak na końcu, bo za nią jeszcze było kilka, które mijaliśmy w niedzielę jadąc wąwozem Darial, to jednak wybieg wprzód. Kazbegi przywitało nas około godzin wieczornych, więc zanim dotarliśmy na nocleg, podjechaliśmy pod wodospad, drogą z której, by uczynić ją przejezdną, musieliśmy usunąć niemałe ‘głazki’ tzn, ja jechałem a pozostali usuwali, bo tak jakoś przypadła mi ta rola. Wodospad wodospadem, ładny mógłbym rzec… Wcześniej jeszcze, tuż po wjechaniu do Dariali – głazy już takie potężnych rozmiarów blokowały połowę drogi, od wewnętrznej strony oczywiście, bo zewnętrzną była już tylko skarpa w dół. Przejechaliśmy jakoś prosto, później tunelem by zobaczyć krzyż na zboczu i tańce zataczańce miejscowych wokół niego. Nocleg mieliśmy w miarę, najważniejsze, że woda ciepła i łazienka zadbana, tylko bez kotary na prysznicu, więc po prysznicowaniu dnia następnego niby czterech, ale jednak chyba trzech, pływała. Jeszcze podczas kolacji uzgodniliśmy, że cel pozostaje ten sam, czyli Stacja Meteorologiczna (3 680 mnpm) pod Kazbegiem. Jednak już o poranku (gdzieś tak koło 6ej) w ‘ciepłym’ zweryfikowaliśmy plany, uznając że nasze wyposażenie do spania nie nadaje się do temperatur wahających się w okolicach – 10 stopni Pana Celsjusza. Następnym razem. Cel zmienił się tylko o 680 mnpm. Podjechaliśmy pod szlak (heh, jak sobie wytyczysz to będzie), zostawiając IAA’e zdobyliśmy czworonożnego przyjaciela, któremu chyba nudziło się w wiosce i postanowił pójść z nami. Na pierwsze podejście nie mam innego słowa, jak tylko hardcore > przewyższenie to jakieś 300 – 400 m i powiedzmy, że tak na oko 70 stopni. Piękny widok “z” na Cminda Sameba’e na tle Kazbega wynagrodził jednak nasz trud. Później zejście z drugiej strony, koło brzózki, (która stała się dla nas później punktem do komentarzu w stylu “widzisz ile my dzisiaj przeszliśmy, popatrz gdzie brzózka”) gdzieś tak znowu te 300 m w dół i od potoczka, już w górę 300 metrów by znaleźć się u podnórza cerkwi, do której jednak zadecydowaliśmy się zajrzeć podczas drogi powrotnej. Górka przed nami zdobyta, za nią następna, “jak wejdziemy na następną to schowamy się tam od wiatru”, kolejna później, troszkę jeszcze, żeby zobaczyć tę drogę do Stacji na przyszłość. Ok, koniec, jesteśmy na trzech tysiącach podobno, tak przynajmniej powiedział nam Dato, a mijający nas alpiniści potwierdzili. Nie mam słów, by opisać te widoki, których doświadczyliśmy, brakuje ich po prostu, nic nie jest w stanie oddać tamtych chwil zachwytu. Wiersze, zdjęcia, video… to na nic. Po prostu należy samemu to przeżyć. Już wtedy postanowiłem, że tutaj wrócę i pójdę dalej, do Stacji, a może nawet na Kazbeg. Lista sprzętu, który potrzebowałbym rosła, z każdą chwilą, ale wydaje mi się, że osiągnęła już moment, w którym “nic dodać nic ująć”. Luczjano zapowiadał się na sierpień czy też wrzesień, właśnie na taką wyprawę, więc… Zeszliśmy do Cminda Sameba’y, a później łagodniejszą choć ‘błotniejszą’ trasą wróciliśmy do IAA’y. Eh, wrażenia
Wieczorem Khinkali i ser, nie trwało zbyt długo, kiedy głowy spoczęły na poduszkach… Ach i pogody nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej.
(03.04.2009) Plan z wczoraj > pobudka 5:00, cel > czerwony Kazbeg. Realizacja > pobudka 4:55 > deszcz!!! > spanie do 7ej. Śniadanie, pakowanie i samochodowe ruszenie Wąwozem Darial (”głęboki na 1 500 m kanion”). Dojechaliśmy aż do granicy gruzińsko-rosyjskiej po czym zawrót, wciąż w deszczu strugach. Kolejny cel > Dolina Truso. Po drodze zaglądneliśmy do wioski Arsha, w której znajduje się jaskinia, a tuż poniżej stara cerkiew, obok której stoi wieża wartownicza. “Sjeczas na prjawo” i pojechaliśmy… zawieszając się na śniegu po przejechaniu góra dwustu metrów. “Hey przygodo” heh. Podkładanie pod koła, napęd na 4ry w wersji H czy L, nic to, podwozie zawisło. Dato skombinował łopatę z najbliższej wioski i szuflowaliśmy przez ponad godzinę. Przy końcu zjawił się lokalny bonzo, w postaci “Goldka”. Przydały się ćwiczenia w jeździe po lodzie zdobyte w Finlandii i po możliwości cofnięcia z całym impetem pokonałem kolejne śniegi, heh. Dj Śniegu pewnie to Twoja sprawka. Nie ujechaliśmy 300 metrów, a tu następne kłody pod nogi – zerwana linia elektryczne w pobliżu suszarni kruszywa. Nie było możliwości objechania, więc wszyscy z auta, zamknięte oczy, pikawa i już za mną – hey przygodo. Dojechaliśmy na miejsce, góra na lewo, góra na prawo, po środku gdzieś dotarlibyśmy do wąwozu. Paweł – ta na prawo, bo lepszy widok, i będziemy widzieć Kazbeg z drugiej strony, ja, ta na prawo bo ambicja po wczoraj, a dziś tylko samochodowo. Rozsądził nas Dato i poszliśmy prosto wąwozem Truso, słusznie, jak się później okazało. Za każdym nowym zakrętem jeszcze piękniej, tylko droga stawała się trudniejsza, ponieważ bardzo się zwęziła przez śnieg i żeby po nim nie iść, a nie wpaść przy okazji do rzeki mieliśmy do wyboru balansowanie po kamieniach. Żeby tego było mało, co rusz musieliśmy przechodzić po lawinach, które już całkowicie blokowały drogę. Ze względu na mostki śniegowe, w które można było łatwo wpaść i nachylenie, po którym zjeżdżając, czekała by nas zimna kąpiel to przejście wcale nie należało do najłatwiejszych. Nie raz ‘broczyliśmy’ po kostki w wodzie i tu… chwała GORE
Nic, a nic nie przemokło, skarpeta suchutka, śmiało polecam więc Ecco Rugged Terrain V. Nie dość, że mega wygodne, a był to mój pierwszy w nich wypad, to w dodatku poddałem je mimowolnie takim testom wodnym, że jak teraz nie przemokły to już nie przemokną nigdy. Gore, Gore. Znowu nie opiszę widoków nie-do-o-pi-sa-nia. Miało być lajtowo tego dnia, było podobnie, jak poprzedniego, ale kto by żałował? heh
Do Tbilisi dotarliśmy, gdzieś tak około 21, tuż po zapełnieniu brzuchów khinkali, czmeruli, sulguni oraz natahtari wróciliśmy późnym wieczorem na Didube odpocząć po weekend’owych Kaukazkich wędrówkach.
Zdjęcia:
Kaukaz – dzień pierwszy (Cminda Sameba i wyżej…)
Kaukaz – dzień drugi (Darial Gorge, Truso Valey)